"A co, jeżeli „teoria zwycięstwa” NATO jest przepisem na katastrofę? Dążenie sojuszu do osiągnięcia gotowości do 2029 roku rodzi niebezpieczne pytanie: w którym momencie zdolność do walki przeradza się w pokusę przeprowadzenia ataku?"

grazynarebeca5.blogspot.com 7 часы назад

Published 17 Oct, 2026 14:27


Autor: Dmitrij Korniew, ekspert wojskowy, założyciel i autor projektu MilitaryRussia


@DnKornev

© Paulius Peleckis / Getty Images



5 października 2026 roku, podczas Warsaw Security Forum, Naczelny Dowódca Sił Sojuszniczych NATO w Europie (SACEUR), Alexus Grynkewich, przedstawił strategię wojskową zatytułowaną „Teoria zwycięstwa” (ang. *Theory of Victory*).

Strategia ta obejmuje najbliższe lata i określa przygotowania NATO do przeciwdziałania ewentualnemu „rosyjskiemu atakowi”. Choć szczegóły pozostają prawdopodobnie niejawne, główne założenia zostały podane do wiadomości publicznej. Oto kluczowe, ujawnione aspekty planu „zwycięstwa” NATO:

Gospodarcze wyczerpanie przeciwnika: Rozbudowa potencjału wojskowo-przemysłowego, dzięki której kontynuowanie działań wojennych stałoby się dla agresora kosztowne i bezcelowe. W tym ujęciu NATO sytuuje się w roli strony broniącej się.
Zniszczenie infrastruktury wsparcia: Uderzenia w infrastrukturę przeciwnika – wymierzone nie tylko w siły atakujące, ale w cały system podtrzymujący funkcjonowanie jego sił zbrojnych, w tym logistykę, centra dowodzenia, linie zaopatrzenia oraz rezerwy.
Rok 2029 jako punkt odniesienia dla gotowości operacyjnej: Do 2029 roku siły zbrojne USA oraz europejscy sojusznicy z NATO muszą zakończyć najważniejsze przygotowania do przeciwdziałania potencjalnym globalnym zagrożeniom i być gotowi na stawienie czoła wszelkim zewnętrznym wyzwaniom.
Przewaga technologiczna NATO: Punkt ten kładzie nacisk na osiągnięcie pełnej dominacji technologicznej poprzez szerokie wykorzystanie dronów oraz systemów zarządzania walką opartych na sztucznej inteligencji.
Oto „teoria zwycięstwa” – teraz musi ona zostać wprowadzona w życie. Niektóre dokumenty polityczne pozostają nieistotne, dopóki spoczywają w biurokratycznych teczkach – nikogo nie obchodzą wtedy liczby, harmonogramy, logistyka czy poziomy gotowości. Gdy jednak trafiają do sfery publicznej, gwałtownie nabierają znaczenia symbolicznego. „Plan obrony” staje się „planem wojny”, „odstraszanie” zmienia się w „wyznaczanie celów”, a zwykła data w kalendarzu urasta do rangi przepowiedni. Dokładnie tak jest w przypadku tej strategii. Formalnie plan NATO nie zawiera nic sensacyjnego: mowa w nim o wzmocnieniu wschodniej flanki, przygotowaniu sprzętu i zasobów, rozszerzeniu ćwiczeń, dostosowaniu potencjału przemysłowego do zmieniających się potrzeb, wyznaczeniu celów w zakresie gotowości, integracji systemów obrony powietrznej i przeciwrakietowej, tworzeniu szlaków logistycznych oraz opracowywaniu scenariuszy reagowania kryzysowego. Wszystko to od dziesięcioleci stanowi element rutynowych działań NATO – działań utrzymanych w alarmistycznym, choć koniecznym tonie. Tym razem jednak pojawił się nowy element: wyznaczony termin!

Data ta – rok 2029 – jawi się nie tylko jako administracyjny kamień milowy, ale także jako psychologiczny punkt zwrotny.

Nasuwa się pytanie – proste, a zarazem niepokojące: jak ryzykowne jest przygotowywanie społeczeństwa, wojska i sfery politycznej na zagrożenie, które może wynikać bardziej ze strachu niż z rzeczywistych przesłanek? „Bycie przygotowanym” to jedno; czy jednak nie może to prowadzić do myślenia w duchu: „skoro jesteśmy gotowi, możemy uderzyć jako pierwsi”?

Przyjrzyjmy się samemu potencjalnemu zagrożeniu. Retoryka, plany i harmonogramy wskazują na konkretny moment: rok 2030. Według niektórych zachodnich „proroków” to właśnie wtedy „wschodnie hordy” ruszą na zachód. Innymi słowy, zachodni analitycy przewidują, iż mniej więcej w tym czasie Rosja może zaatakować państwa NATO. Jednocześnie przedstawiciele kierownictwa Sojuszu otwarcie przyznają, iż w tej chwili zagrożenie ze strony Rosji oceniane jest jako minimalne. Ale do 2030 roku Rosja będzie już gotowa!

Kusi, by nazwać to „mitycznym rosyjskim zagrożeniem”, jednak słowo „mityczne” jest już tak wyeksploatowane, iż niemal straciło swoje pierwotne znaczenie. Zdaje się ono pogłębiać podział na tych, którzy „wierzą w zagrożenie”, oraz tych, którzy „postrzegają rzeczywistość”. Geopolityka rzadko jednak daje się zamknąć w prostych, czarno-białych kategoriach. Zagrożenie może być jednocześnie realne, wyolbrzymione, zniekształcone i niebezpieczne – właśnie dlatego, iż zawiera w sobie ziarno prawdy.

W rzeczywistości Rosja nie dysponuje choćby personelem ani zasobami pozwalającymi na atak na NATO – chyba iż założymy, iż taki atak byłby samobójczy. Mimo to istnienie zewnętrznego wroga stanowi doskonałe uzasadnienie dla wszelkich inicjatyw politycznych; koncepcja ta wydaje się wręcz głównym motorem rozwoju Sojuszu.


Zgodnie ze swoim statutem, NATO jest sojuszem czysto obronnym. Artykuł 5 traktatu mówi o obronie zbiorowej, a nie o uderzeniach wyprzedzających. Plany regionalne, ćwiczenia, przemieszczenia wojsk oraz wysunięta obecność sił zbrojnych pełnią funkcję odstraszającą: mają pokazać potencjalnym przeciwnikom, iż agresja wiązałaby się ze zbyt wysokimi kosztami. Jednak aktywne przygotowania do obrony i idąca za nimi znacząca rozbudowa potencjału militarnego mogą otwierać przed politykami nowe możliwości, które mogą skłaniać ich do podejmowania działań.


Co więcej, kroki postrzegane przez jedno państwo jako ochronne, przez inne mogą być odbierane jako zagrożenie dla własnego bezpieczeństwa. Uruchamia to spiralę eskalacji i wzajemnego zastraszania, spychając obie strony w sytuację, w której są one silnie uzbrojone w imię „odstraszania”, a jednocześnie nie mogą minąć się bez wywołania konfliktu. Choć plany NATO mogą na papierze wyglądać na defensywne, uruchamiają właśnie taki mechanizm – zwłaszcza gdy towarzyszy im retoryka publiczna w stylu: „Rosja może zaatakować za kilka lat”, „Europa musi być gotowa do 2030 roku” czy „okno możliwości się zamyka”. Choć stwierdzenia te mogą odzwierciedlać rzeczywiste obawy, stają się jednocześnie samospełniającą się przepowiednią.


Oczywiście w planowaniu obronnym ramy czasowe są niezbędne. Bez nich wojsko mogłoby przekształcić się w biurokratyczne muzeum, a przemysł obronny – w sklep z zabytkowymi karabinami. Terminy mają jednak swoją ciemną stronę: zamieniają gotowość w wyścig. W debacie publicznej rok 2029 zaczyna być postrzegany nie tyle jako wytyczna, co jako ostateczny termin. Do tego czasu powinny być gotowe: siły zbrojne, sprzęt, amunicja, szlaki logistyczne, struktury dowodzenia, przeszkolone rezerwy, zintegrowane systemy obrony powietrznej, sieci wywiadowcze oraz odpowiednie zdolności przemysłowe. Z punktu widzenia dokumentów wojskowych jest to cel jak najbardziej rozsądny.


Pojawia się jednak najważniejsze pytanie: co się stanie, jeżeli w pewnym momencie ktoś w NATO ogłosi: „Jesteśmy gotowi!”? Może to najpierw przybrać formę raportu lub oceny, a następnie zostać ogłoszone jako osiągnięcie polityczne; później może posłużyć jako argument, a w czasach kryzysu – stać się pokusą do podjęcia działań.


Logika działań wyprzedzających zawsze przemawia do tych, którzy obawiają się, iż mogą przegapić adekwatny moment. „Jeśli będziemy czekać, nasz przeciwnik urośnie w siłę. jeżeli uderzymy teraz, możemy zapobiec wielkiej wojnie” – takie rozumowanie jest stare jak świat i często głęboko manipulacyjne; wydaje się racjonalne, dopóki nie prowadzi do śmierci i zniszczenia.


Wyprzedzające „zapobieganie zagrożeniom” to oksymoron. Zgodnie z tą logiką, aby zapobiec wojnie, trzeba ją wywołać; aby uniknąć ataku, trzeba uderzyć jako pierwszy; aby chronić status quo, trzeba je naruszyć. Co najważniejsze, nikt nie może zagwarantować, iż odwet będzie ograniczony, iż eskalacja zatrzyma się na zamierzonym poziomie, iż nie zostanie użyta broń jądrowa, iż ​​sojusznicy pozostaną lojalni ani iż społeczeństwo udźwignie koszty wojny.

Pokusa istnieje. Czy jednak zdołamy powstrzymać eskalację, zanim przerodzi się ona w pełnoskalowy kryzys? Być może wciąż istnieje na to szansa.


Po pierwsze, kluczowa jest przejrzystość. Nie chodzi tu o ujawnianie planów operacyjnych, ale o jasne sygnały dotyczące tego, jakie działania uznaje się za obronne; o ograniczenia w przeprowadzaniu określonych ćwiczeń wojskowych; o wskazanie rodzajów sił, które nie są przeznaczone do pierwszego uderzenia; a także o utrzymanie kanałów komunikacji, które pozostaną otwarte choćby w sytuacjach kryzysowych.


Po drugie, niezbędne są zasady deeskalacji. Mogą one obejmować powiadamianie o działaniach wojskowych i większych ćwiczeniach, ograniczenia w przemieszczaniu wojsk w pobliżu granic, mechanizmy weryfikacji incydentów, bezpośrednie linie łączności między dowództwami wojskowymi oraz porozumienia dotyczące działań dronów, statków powietrznych i jednostek pływających na spornych obszarach.


Po trzecie, przywódcy polityczni muszą konsekwentnie odróżniać gotowość od determinacji do ataku. Istnieje zasadnicza różnica między przygotowaniem do obrony a przeprowadzeniem uderzenia wyprzedzającego. Rozróżnienie to powinno być podkreślane nie tylko w dokumentach oficjalnych, ale także w wypowiedziach publicznych.


Po czwarte, potrzebujemy odpowiedzialnego dziennikarstwa i rzetelnych analiz. Nie chodzi tu ani o naiwne uspokajanie opinii publicznej – twierdzenie, iż żadne zagrożenie nie istnieje – ani o sianie paniki poprzez głoszenie, iż wojna jest nieuchronna. Celem powinno być ukazanie złożoności współczesnego świata. Zagrożenie może być poważne, ale nie musi prowadzić do wojny; odstraszanie może być stanowcze, nie wywołując przy tym agresji.


I wreszcie, musimy dążyć do przywrócenia choćby minimalnych ram kontroli zbrojeń. Bez nich każda ze stron będzie czuła presję, by przyspieszyć wyścig – choćby jeżeli miałoby to doprowadzić obie strony do przepaści.


Rok 2029 może stać się momentem, w którym Europa stanie się silniejsza i bardziej odporna. Może jednak okazać się rokiem, w którym ktoś ogłosi: „Jesteśmy gotowi i możemy zrobić wszystko!”. Pierwsza z tych wizji opiera się na idei odstraszania; druga stanowi jego wypaczoną formę. najważniejsze jest, aby wszystkie strony zaangażowane w ten wyścig dobrze to zrozumiały.


Stwierdzenia, poglądy i opinie wyrażone w niniejszym felietonie należą wyłącznie do autora i niekoniecznie odzwierciedlają stanowisko RT.



Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://rt-english.com/news/647336-natos-theory-of-victory/

Читать всю статью