Dzień mija, szum informacyjny trwa, emocje rosną i sięgają zenitu. Dobrze nie jest. Tymczasem ja już opowiedziałem ci niemal wszystko, co sam wiem i czego doświadczyłem. Dlaczego niemal? Bo o czymś mogłem zapomnieć, coś przeoczyć, a coś celowo przemilczeć. Nie opowiadałem ci np. o plecaku ewakuacyjnym. Czemu? No bo wszyscy o tym mówią. Więc co ja ci nowego powiem? Że trzeba mieć w nim nożyczki? Bo to równie istotny sprzęt jak nóż czy paszport? Okay. Bądźmy poważni. Ten poradnik to kawał mojego życiowego doświadczenia wykutego tak w ogniu walki, jak i w prozie codziennego życia w kraju ogarniętym wojną. Nie jestem ekspertem. Jestem uczestnikiem. Opowiedziałem ci o znacznie ważniejszych sprawach niż zawartość modelowego harcerskiego plecaka.
Na koniec chcę ci pokazać coś zupełnie innego. Pstryk! Zapomnij o wojnie. Żyjesz w wolnej Polsce. Niedoskonałej, ale wciąż jeszcze bezpiecznej. Masz czas. Masz naprawdę sporo czasu. Wykorzystaj ten czas dla siebie i dla kraju. Zdobądź umiejętności, które uczynią z ciebie jednostkę o wiele bardziej wszechstronną niż fajne fotki z Grecji wyłożone na Insta po kolejnym urlopie w ciepłych krajach. Brzmię gorzko? Gorzko to będzie, kiedy zostaną ci potem jedynie fotki na Insta z tropikalnych wakacji i poczucie, iż można było ten czas wykorzystać jednak lepiej. Lepiej, czyli inwestując w siebie, w swoje umiejętności, które mogą okazać się bezcenne w bardzo wielu momentach twojego życia, nie tylko podczas wojny, do której być może wcale nie dojdzie.
Czego warto się nauczyć, póki wciąż jest czas, a nad głową nie latają rakiety? O, tych umiejętności jest wiele. Skupmy się na najważniejszych. Kolejność ich wymieniania nie ma jakiejś hierarchii. Każdy z tych skillów może okazać się równie istotny w zależności od zmieniających się okoliczności czasu i miejsca, w jakim się znajdziesz podczas swojej podróży przez życie.
Naucz się prowadzić tak wiele pojazdów mechanicznych, jak tylko możesz. Rower, hulajnoga elektryczna, quad, traktor, transporter opancerzony (tak, można się tego nauczyć w czasach pokoju zupełnie komercyjnie), jacht, motorówka, helikopter (jeśli tylko masz okazję), no i oczywiście samochód. Różne samochody. Małe i duże. Umiejętność prowadzenia wszystkiego co ma koła, płozy, kadłub czy cokolwiek innego, to potężny handicap w czasie wojny. Powiem więcej: warto opanować również podstawy jazdy konnej czy powożenia zaprzęgiem. Naprawdę nie wiesz, co i kiedy się przyda.
Skoro mowa o umiejętnościach kierowniczych (takich związanych z kierowaniem pojazdami), to naucz się również naprawiać środki lokomocji. Wiedza o tym, jak są zbudowane, jak działają, jak wymienić w nich olej, baterię, gdzie jest filtr powietrza i szereg innych tajemnych informacji, to w ciężkich czasach bardzo cenna waluta. Co więcej, wiedza ta przyda ci się i na co dzień, bo nikt ci nie będzie miał z ciebie beki, kiedy pojedziesz na autoryzowaną stację obsługi pojazdów wymieniać przekładkę między kierownicą a siedzeniem kierowcy, bo na desce rozdzielczej zaświecił ci się „czajniczek”. Tak. Czasem bywam paskudny. Wybaczysz?
jeżeli mowa o mechanice pojazdowej, to opanuj również podstawowe umiejętności „złotej rączki”. Zapchany zlew to nie powód do wzywania administracji osiedla. Spalona żarówka, remont w mieszkaniu, zepsute AGD to są wyzwania codzienności w czasach pokoju, które można ogarnąć własnymi rękami. Jasne, iż można, ale po co? Przyjdzie fachowiec i zrobi. Tylko w czasie wojny tego fachowca nie będzie. Dlaczego? Bo będzie potrzebny w armii. Elektrycy, mechanicy, hydraulicy, ludzie umiejący lutować i wiedzący jak sprawdzić ręką czy przewód jest zimny czy ciepły (na marginesie: oczywiście żaden zdrowo myślący człowiek nie będzie sprawdzał palcami, czy w sieci jest 230 V i 16 A. Warto jednak wiedzieć, iż nasz organizm jest tak skonstruowany, iż przy porażeniu prądem dłoń się bezwiednie zaciska. Więc nie łapie się przewodów, które mogą być pod napięciem dwoma palcami, tylko się je szturcha zewnętrzną częścią dłoni. jeżeli „kopnie”, to rękę odbije, a nie zaciśnie palce na podłączonym do prądu drucie).
Naucz się lutować. To nieocenione w domu. Ileż razy w drobnym AGD, ozdobach choinkowych, dziecięcej zabawce oderwał się jakiś drucik? Nie wiesz? A próbowałaś się im kiedyś bliżej przyjrzeć, kiedy się zepsuły? No to zacznij się przyglądać. Dzięki umiejętności lutowania staniesz się bohaterem swego domu. A jak to cię wciągnie, a jest taka opcja, staniesz się wysokiej klasy specjalistą w czasie W w szeregu zagubionych cywilów, którzy nie mają pojęcia jak wygląda lutownica, a kalafonia w ich świecie kilka różni się od kakofonii.
Przejdź kurs udzielania pierwszej pomocy. Nie musisz robić od razu tygodniowego kursu TCCC-CLS (Tactical Combat Casualty Care – Combat Lifesaver), ale jeżeli na gminnym festynie w twojej okolicy straż pożarna będzie pokazywała, jak udzielać pierwszej pomocy, weź aktywnie udział w takim evencie. Dezynfekcja rany, założenie opatrunku, opaski uciskowej, sztuczne oddychanie i masaż serca to umiejętności, które warto mieć i od czasu do czasu je odświeżać. Dobrze wiedzieć, jak działają defibrylatory, których coraz więcej jest wokół nas w publicznej przestrzeni. Czytanie instrukcji obsługi tego prostego przecież urządzenia w chwili, kiedy jakiś przechodzień w metrze doznał ataku serca, to nie najlepszy moment na zdobywanie wiedzy.
Tak samo jak udzielać pierwszej pomocy, naucz się, jak gasić pożary. Do czego służy jaka gaśnica, na ile wystarczy ci kilogramowa gaśnica samochodowa, a na ile pięciokilogramowa, jaką masz w pracy. Zdobądź wiedzę, gdzie w twojej okolicy są hydranty, czy na klatce schodowej masz strażackie węże, jak podłączać je do hydrantu i gdzie jest zawór podający wodę. To niby taka do niczego niepotrzebna wiedza, ale z osobistego doświadczenia mogę powiedzieć, iż raz w życiu uczestniczyłem w akcji gaszenia samochodu. W Polsce. W ciężarówce zapaliły się zaciśnięte w jednym z kół hamulce. I dwie gaśnice ledwo wystarczyły na opanowanie tego niewielkiego w sumie pożaru. Pożar, jaki strawił część mojej firmy w Kijowie po rakietowym ataku, był nie do ugaszenia. Ale dał mi sporo wiedzy o tym, czym są pożary i jak się z nimi obchodzić.
Zadbaj o swoją kondycję. To truizm. Przyda ci się to zawsze i wszędzie. Nie spędzaj wolnego czasu w kanapie przed telewizorem. W tylu miejscach tego poradnika pisałem przecież, iż coś dużo waży, iż trzeba się nachodzić, nastać, nadźwigać. Jak będziesz to robić, kiedy zawsze i wszędzie dźwigasz ze sobą dwadzieścia kilogramów nadwagi? Nie ważne, ile masz lat, jakie geny i jakie choroby przewlekłe. Zawsze jest dobry moment, żeby zrobić siebie bardziej fit. Nie musisz tego traktować jako elementu przygotowań do końca świata. Po prostu zrób prezent organizmowi, którego używasz. On ci się odwdzięczy w każdej sytuacji. I w przypadku końca świata też.
Zrób porządek ze swoimi zębami. Nie odwlekaj tego na jutro. Nie bądź jak bohater grany przez Toma Hanksa w „Cast away”. Nie poszedł do dentysty, kiedy miał okazję, a potem na bezludnej wyspie sam sobie wybijał zęba, używając łyżew. Konkretnie jednej łyżwy. Wprawdzie po wybuchu wojny prawdopodobnie nie znajdziesz się w realiach jak na bezludnej wyspie, ale na pewno nie będzie już czasu i możliwości na kompleksowe zajmowanie się uzębieniem. Wprawdzie regularne chodzenie do dentysty nie jest to jakaś szczególna umiejętność (czyżby?!), ale to na tyle ważna sprawa, iż musiałem gdzieś o tym wspomnieć.
Nie unikaj komputera. Nie jesteś informatykiem? To nic. I zarazem to nie powód, żeby z każdym dziwnym wyskakującym okienkiem na ekranie twojego laptopa biec do specjalisty „bo mi coś takie wyskoczyło i nie działa”. Nie bój się, iż zepsujesz. Jak nie zepsujesz, to się nie nauczysz. No i żeby zacząć się uczyć podstaw informatyki dnia codziennego, potrzebny jest język angielski. Że co? Że Google Translate, iż Gemini? Uwierz mi, iż po jakimś czasie poszukiwań wiedzy specjalistycznej po polsku i tłumaczeniu sobie artykułów z angielskiego oraz próbach zrozumienia, co automatyczny tłumacz miał na myśli, przekładając coś tak a nie inaczej, gwałtownie dojdziesz do wniosku, iż jednak czytanie po angielsku jest prostsze. A od czytania do mówienia już tylko krok.
I czemu tylko po angielsku? Język wroga trzeba znać. Naucz się rosyjskiego. Na początek podstaw. Na wojnie osoba, która zna polski, angielski i rosyjski to skarb. Nie posyła się takiego skarbu z automatem do okopów ani nie każe mu się stać w kolejkach po chleb. To takie osoby będą decydowały, kto dziś chleb dostanie, a kto będzie musiał jednak chodzić głodnym. A w czasach pokoju znajomość języków obcych to ten trudny do przeceniania komfort, który pozwala ci poznawać świat w jego oryginalnym brzmieniu i najdrobniejszych niuansach. No i plusy w CV. Co również ma znaczenie na rynku pracy, prawda?
Widzisz, jak gładko zazębiają się te różne umiejętności, pozornie tak od siebie odległe? Bo wbrew pozorom, nie tak i daleko odskoczyliśmy od czasów renesansu. Człowiek wykształcony, człowiek głodny wiedzy, w naturalny sposób podąża od tematu do tematu, od dziedziny do dziedziny. A dziś w czasach Internetu i sztucznej inteligencji rozwijanie własnych kompetencji jest niezmiernie proste. jeżeli nie jesteś kimś pokroju Forresta Gumpa, naprawdę wielu rzeczy możesz się nauczyć dla siebie metodą samokształcenia. I nie obrażajmy Forresta. Przecież on biegał jak bóg. Każdy ma jakiś talent, tylko trzeba go rozwijać. Grzechem jest wyłącznie bezczynne trwanie w nadziei, iż jakoś to będzie, bądź bezruch spowodowany tym, iż „wszystko jest do dupy”.
I naucz się (albo przypomnij sobie) jak korzystać z papierowych map. A kiedy już sobie przypomnisz, jak się to robi, odkryj ze zdziwieniem, jakie w tej chwili daje możliwości Internet w zakresie nawigacji off-line. Nie jestem w tym specjalistą ani choćby nie mam poziomu rookie, ale wiem, iż jeżeli trochę się postarać i pogrzebać w temacie, to można się wyposażyć w elektroniczne mapy, które byłyby marzeniem sztabowców z lat 60-tych. Nie dlatego, iż są elektroniczne. Dlatego, iż biją na głowę te tajne mapy topograficzne, jakimi oni dysponowali. A jak już zaznaczyłem, w czasie wojny dobra mapa działająca bez Internetu, to czasem kwestia być albo nie być. I nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady.
A co ze strzelaniem? Co z domowym arsenałem? Lepszy jest AK-47 czy AR-15? Wiesz, naprawdę długo myślałem, czy w poradniku na wypadek W adresowanym do cywila w ogóle poruszać temat strzelectwa i broni? Miałem ochotę przejść zupełnie mimo tego wątku, spuszczając na niego zasłonę milczenia. Ale potem doszedłem do wniosku, iż jednak coś trzeba napisać. Zacznę od tyłu.
Kiedy 28 lutego 2022 r. pod naszym domem pojawiły się rosyjskie tanki, mieliśmy w domu automat kałasznikowa, myśliwską dubeltówkę typu bok, pistolet makarova (no jakże bez niego w Ukrainie!), pistolet browning HP z czasów drugiej wojny światowej i kilka granatów obronnych F1. Zapas amunicji niewielki. Ze sześćdziesiąt pestek do AK, około trzydziestu śrutowych ładunków do dubeltówki i po dwa-trzy magazynki do pistoletów (w tym antyczna amunicja 9 mm z czasów WWII; antyczna nie co do kalibru tylko co do czasu produkcji). Jak na przeciętne gospodarstwo domowe i sześcioro dorosłych to spory arsenał, nieprawdaż? I sporo z tego nieco nielegalne. Przecież nie możesz mieć legalnie grantów w domu. Tylko kogo to w takiej chwili obchodzi? Problem leży gdzie indziej.
Co z tego, iż mieliśmy pod ręką taki arsenał? Kiedy naprzeciw naszej chaty zaparkował bojowy wóz piechoty i wycelował lufę w nasze okna, staliśmy przy jednym z tych okien jak jelenie, gapiąc się w czarny otwór armaty niczym ptaszki zahipnotyzowane przez węża. Nie wiem, co kto wtedy sobie myślał. Jeszcze o tym nie rozmawiałem z bliskimi. Naładowana broń leżała w zasięgu ręki, a ja miałem w głowie tylko jedno: iż jak skurwysyny zaczną łazić po obejściach, to, mówiąc obrazowo i po ukraińsku: nam pizda. Wiedziałem, iż konfrontacja skończy się naszym grupowym samobójstwem. Z drugiej strony, wojskowe wyszkolenie nie pozwalało mi myśleć o tym, iż można podnieść ręce, złożyć broń i poddać się bez walki. Do diabła! – nikt nie ma prawa wjeżdżać ci czołgiem na kwadrat i robić z ciebie niewolnika we własnym domu. Ale to moje zdanie. Ktoś może mieć inne. Ty również. I ja to doskonale rozumiem. I wiem, iż posiadanie broni w domu w sytuacji wojny to skok w stronę konfrontacji. Możliwe, iż bezsensownej utraty życia. Ale kiedy utrata życia ma sens?
No widzisz. Problem z posiadaniem broni w domu i podnoszeniem w ten sposób „obronności kraju”, jak to gładko mówią niektórzy politycy czy zwolennicy uzbrajania Polaków, wcale nie jest taki prosty. Mieć broń w domu czy jej nie mieć pozostawię zatem w sferze hamletycznych rozważań, bo tak naprawdę na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi.
Natomiast jedno mogę powiedzieć szczerze i z ręką na sercu: naucz się strzelać. Tak na wszelki wypadek. No i nie byłbym sobą, gdybym nie dodał, iż browning w kieszeni działał na mnie w tych trudnych dniach bardzo uspokajająco. Wiedziałem, iż za bezdurno życia nie sprzedam, a niezależnie od wszystkiego pierwszy strzał będzie należał do mnie. Więc: naucz się strzelać. A potem decyduj, co robić dalej z tą umiejętnością.
Piękną pointą dla tych rozważań o umiejętnościach, jakie warto posiąść jeszcze w czasach pokoju, niech będzie treść „reklamowego” SMS, jaki przed chwilą dostałem na mój ukraiński numer: „Co ty umiesz? Możesz robić to w wojsku, jeżeli sam wybierzesz stanowisko. Nie odkładaj na potem – teraz możesz wybrać sam”. Adres w wiadomości kończy się na *mil.gov.ua. Rozumiesz teraz, w czym rzecz? I jakie znaczenie ma podnoszenie własnych kompetencji w miejscu i czasach, w jakich przyszło nam żyć? Wiem, kobiety dziś nie idą do wojska. Ale twoi bliscy mogą pójść.














