Duda pluje weteranom w twarz. Były żołnierz: Po jaką cholerę moi koledzy ginęli?

natemat.pl 5 часы назад
– Nie rozumiem, jak Andrzej Duda w ogóle może w ten sposób się wypowiadać. Jaki ma szacunek do żołnierzy, którzy tam byli i oddali swoje życie oraz zdrowie? Do tych, którzy wrócili z PTSD, depresją i traumą, z którą muszą żyć do dziś? – mówi Grzegorz Banaszak, były żołnierz zawodowy, który służył w Kosowie, Iraku i Afganistanie, komentując wypowiedź byłego prezydenta.


Aleksandra Tchórzewska: Donald Trump stwierdził, iż żołnierze NATO "nie byli potrzebni" w Afganistanie i "stali gdzieś z boku". Andrzej Duda uznał, iż prezydent USA nie ma za co przepraszać. Jak się pan poczuł po tych słowach?

Grzegorz Banaszak, były żołnierz: A jak miałem się poczuć? Poczułem się jak pozycja w excelowej tabelce. Skoro nikt nas nie zapraszał, to po co w ogóle tam jechaliśmy? Najbardziej jednak ugryzły mnie słowa prezydenta Andrzeja Dudy, który uznał, iż Donald Trump nie musi przepraszać, bo "nic się nie stało".

To ja się pytam wprost: po jaką cholerę ginęli tam moi koledzy w Iraku czy w Afganistanie? Po co zginął Andrzej Filipek, z którym jechałem w jednym patrolu? (Andrzej Filipek, plutonowy Wojska Polskiego, pośmiertnie awansowany na stopień sierżanta, poległ w Iraku, osierocił żonę i dwójkę dzieci -red.) Dlaczego on?

Dwa dni przed wyjazdem po prostu zamieniliśmy się samochodami. To ja miałem jechać na jego miejscu, a on na moim.

Nie rozumiem, jak Andrzej Duda w ogóle może w ten sposób się wypowiadać. Jaki ma szacunek do żołnierzy, którzy tam byli i oddali swoje życie oraz zdrowie? Do tych, którzy wrócili z PTSD, depresją i traumą, z którą muszą żyć do dziś?

W takim razie ja też nie mam do niego szacunku. Może pani to napisać.



Jak powinien zareagować na słowa Trumpa były zwierzchnik sił zbrojnych?


Prawdziwy prezydent po takich słowach nie uśmiecha się nerwowo i nie tłumaczy cudzej pogardy na język dyplomatycznych pierdół. Prawdziwy prezydent staje twardo po stronie swoich żołnierzy, jasno i publicznie, bez żadnego "ale".

Upomina się o pamięć, o szacunek i o granice, których nikt nie ma prawa przekraczać, choćby jeżeli nazywa się Donald Trump. Bo prezydent jest od tego, żeby reprezentować godność państwa, a nie robić za tłumacza cudzych chamstw.

A jak pan ocenia postawę prezydenta Karola Nawrockiego? W mediach społecznościowych napisał, iż "Nie ma wątpliwości, iż Polscy żołnierze to Bohaterowie. Zasługują na szacunek i słowa podziękowania za ich służbę".


Moim zdaniem zachował się poprawnie, godnie i bezpiecznie, podkreślając szacunek dla polskich żołnierzy. Zrobił to, co wypadało zrobić na poziomie tak zwanej elementarnej przyzwoitości. Stanął po adekwatnej stronie.

Ale od prezydenta Nawrockiego oczekiwałbym kroków bardziej radykalnych, ostrzejszych i jasnego postawienia granicy wobec słów, jakie wypowiedział Donald Trump na temat polskich żołnierzy.

Tym bardziej iż później powiedział, iż "jego zdaniem Donald Trump nie miał na myśli Polski".

A o tym to nie wiedziałem.

Co powinien zrobić Nawrocki?


Jeśli zdarzy się sytuacja, iż Trump przyleci do Polski – a podejrzewam, iż przyleci, aż mam ciarki na plecach na samą myśl – to proponuję, żeby Nawrocki zaprowadził Trumpa pod tablicę upamiętniającą polskich żołnierzy w Warszawie.

I może niech przyjdą wtedy rodziny poległych żołnierzy, i niech Donald Trump prosto w oczy powie im, iż ich tam nie było.

Boryka się pan z trudnościami po przebytych misjach?


Mam za sobą zdiagnozowane PTSD, a obok tego także depresję. Jestem też introwertykiem. Połączenie introwersji, depresji i zespołu stresu pourazowego to – jak sam to nazywam – bomba w głowie z opóźnionym zapłonem.

Jak długo był pan na misjach?


Moje wyjazdy zaczęły się w 2003 roku. W latach 2003–2004 byłem w Kosowie, w 2005–2006 w Iraku, potem ponownie w Iraku w latach 2007–2008. Następnie trafiłem do Afganistanu – w 2008–2009 albo 2009–2010, dziś nie pamiętam dokładnie. Od 2003 roku wszystko szło adekwatnie jedno po drugim: pół roku, czasem rok w kraju i znowu wyjazd.

Wiem, iż dziś znajdą się tacy, którzy powiedzą, iż jeździliśmy dla pieniędzy. To nieprawda.

Nawet teraz, choć mieszkam w Niemczech, gdyby w Polsce wybuchła wojna i była taka potrzeba, spakowałbym się i wrócił, żeby bronić kraju. To jest mój obowiązek. A skoro była możliwość bronić Polski także poza granicami – żeby ograniczyć terroryzm, żeby to, co dziś widzimy we Francji czy innych miastach Europy, nie dotknęło nas – to uważam, iż było warto. W Polsce jest dziś cisza i spokój. I to nie wzięło się znikąd.

Trudno mi sobie choćby wyobrazić, z czym musiał pan mierzyć się podczas misji…


W Iraku przeżyłem chyba dwie miny pułapki. W Afganistanie jedną. Już nie liczę wszystkich operacji wojskowych, które były przeprowadzane, ani wymian ognia i innych zdarzeń.

Irak i Afganistan całkowicie się różniły. W Afganistanie terroryści nie kalkulowali: jeżeli mieli podłożyć 200 kilogramów materiału wybuchowego, po prostu to robili. Dodatkowo obowiązywały tam inne zasady, narzucone przez ówczesnego prezydenta Karzaja.

Było też tak, iż podczas wymiany ognia, jeżeli np. przeciwnik zakopał broń, nie można było do niego strzelać, bo formalnie był bezbronny – mimo iż pół minuty wcześniej to on do mnie strzelał.

Polska wysłała tysiące żołnierzy, ale w trumpowym świecie tysiąc to przez cały czas zero, jeżeli nie są amerykańskie.


Życie przelatuje wtedy przed oczami?


Powiem szczerze, zawsze, gdy leciałem na "ajdiku", (w żargonie wojskowym IED, mini-pułapka - red.) mówiłem do kolegów: "K*wa, znowu ja". To było takie uderzenie… nie wiem, czy przelatywało mi życie przed oczami, ale po prostu "tąpnięcie" w samochód– raz w bok, drugi raz w maskę albo w cały przód auta.

Za pierwszym razem poczułem delikatny szok, ale i ulgę, iż wszystko w porządku. Za drugim razem myślałem tylko: "K*rwa, dlaczego ja?" Dowódca powiedział mi, iż jeżeli jeszcze raz wrócę z patrolu rozwalonym Hummerem, nie dotrę do domu.

Śmialiśmy się z tego, ale wszyscy byliśmy szczęśliwi, iż przeżyliśmy i jesteśmy cali i zdrowi.

Najgorsze jest jednak coś innego.

Co takiego?


Widzisz swojego kolegę na misji na mszy, a dzień później w samochodzie jego mózg prawie cały rozbryzgnięty na szybie. To jest najgorsze.

Boryka się pan ze stresem pourazowym. Czy obrazy z misji wciąż pojawiają się w snach?


Co jakiś czas te wspomnienia do mnie wracają. Na przykład w Iraku, podczas piątej zmiany, zginęła dziewczynka. Dziewięcioletnia. Podniosła niewybuch pocisku Pallad w miejscu, gdzie przeprowadzaliśmy prace rozbrajania. Często zdarzały się takie niewybuchy. Dziecko nie wiedziało, iż to niebezpieczne.

Zwykle, gdy kończyliśmy pracę i wyjeżdżaliśmy z danego miejsca, dzieci przychodziły po wodę czy jedzenie, które zawsze mieliśmy dla nich. Było takie przekonanie, iż jeżeli dzieci są w pobliżu, to na pewno nic się nie stanie. Ale prace saperskie były niebezpieczne – trzeba było wyganiać dzieci, żeby nie znalazły się w strefie zagrożenia. Nie wiem, jak to się stało, iż ona znalazła się tam tamtego dnia i co tam robiła.

Co jakiś czas te wspomnienia do mnie wracają. Nie lubię sztucznych ogni, wybuchów… Sylwestra też nie znoszę. Za dużo się wtedy dzieje, za dużo bodźców, a ja nie lubię tłumów.

Bywa też, iż siadam w domu, robię meldunek, a potem kładę się spać, jakby nic się nie stało.

Czy oprócz traumatycznych doświadczeń z misji musiał pan mierzyć się także z bólem rozłąki, z poczuciem, iż zostawił pan bliskich na długi czas?

Można o tym książkę napisać. W 2004 roku, kiedy byłem na misji w Kosowie, urodził mi się syn. Rok później wyjechałem do Iraku – przez cały czas byłem wtedy z tą samą kobietą. Gdy w latach 2007–2008 pojechałem na kolejną misję, nie miałem już do czego wracać. Po powrocie był rozwód. Jak wyjechałem do Afganistanu, byłem w luźnym związku.

Uciekł pan w zdjęcia. To daje spokój?


Musiałem coś sobie znaleźć. Ale z fotografią mam do czynienia od dawna – kocham fotografię analogową. Klisze, negatywy, to jest to. Oczywiście teraz są czasy aparatów cyfrowych, agencje wymagają szybkiego przesłania zdjęć, więc trzeba było się przesiąść.

Ale prywatnie dla siebie wciąż robię zdjęcia na negatywach.

Obecnie pracuję w Niemczech. Robię mniej reporterskiej roboty, a więcej dla swoich klientów. Większość prac wykonuję na negatywach. Nie jest ich dużo, ale cieszę się, iż są.

Byłby pan w stanie fotografować wojnę?


Byłem fotografować wojnę, choć w pewnym sensie pojechałem tam z polską misją medyczną. To było przed COVID-em. Najpierw odwiedziliśmy Jordanię, a stamtąd polecieliśmy do Iraku.

Jeździliśmy do obozów dla uchodźców. Wracając z jednego z takich obozów, przejeżdżaliśmy przez tzw. checkpoint. W tamtym rejonie wiedzieliśmy, iż przez cały czas mogą pojawiać się małe bojówki z uzbrojeniem.

Dojechaliśmy do hotelu, ale już wtedy słyszeliśmy strzały i wybuchy w okolicy. Kiedy później pytaliśmy recepcjonistę, co się stało, okazało się, iż właśnie przy tym checkpoint, przez który przejeżdżaliśmy, bojówka ISIS zaatakowała posterunek, zabijając wszystkich policjantów.

Obcięli wszystkim głowy.

Co pan poczuł?


Usiadłem w hotelu i pomyślałem: "K*rwa, znowu". Chciałem stamtąd jak najszybciej uciec. Był to chyba drugi dzień pobytu w Iraku, w Irbilu. Nie mogłem wyjść nigdzie, jedyne miejsce, gdzie mogłem się choć trochę ruszyć, to patio przed hotelem. Siedziałem tam, piłem herbatę, bo nie mogłem spać – wszystko mi się przypominało, wszystko wracało.

Zadzwoniłem wtedy do mojej partnerki i mówię jej: "Nie dam rady wyjść z hotelu, wszystko do mnie wróciło". A ona, zamiast pocieszać, powiedziała: "To po coś tam k*wa poleciał". Nie spodziewałem się tego – po mojej drobnej, delikatnej partnerce. Obsztorcowała mnie, iż ją obudziłem, powiedziała jeszcze:" Mam nadzieję, iż przygotowałeś sobie baterie, karty masz już puste i aparat gotowy do zdjęć". I odłożyła słuchawkę.

To dobrze, iż tak powiedziała?


Siedząc na tym patio, poczułem, iż ktoś w końcu postawił mnie do pionu. Ale rzeczywiście, w tamtym momencie nie wiedziałem, po co adekwatnie tu przyjechałem.

Opowiem pani jeszcze coś: my, fotoreporterzy, nosimy takie "szelki taktyczne" – można w nich umieścić dwa aparaty, obiektywy i tak dalej. Ja też je mam i zawsze wolałem siedzieć w samochodzie z prawej strony z przodu. Trzymałem prawą rękę w specyficzny sposób, jak przy karabinie, żeby była gotowa.

Co chwilę wracałem się do samochodu, bo czegoś mi brakowało przy tych szelkach. W pewnym momencie podeszła do mnie dziewczyna pracująca przy obozie dla uchodźców i mówi: "Grzesiek, ale ty przecież masz aparat".

Читать всю статью