Dziennik Bydgoski nr. 157 z 13 lipca 1938 roku.
Niektóre artykuły przepisane przez AI (nie sprawdzałem zgodności).

Nowe zaostrzenie między Pragą a Berlinem.
Polityka dyktatury czeskiej wywołuje zdenerwowanie w Niemczech.Berlin, 12. 7. (PAT).
Prasa poniedziałkowa występuje bardzo kategorycznie przeciwko tej taktyce gabinetu Hodży, przestrzegając zagranicę, by nie dała się brać na lep propagandy czeskiej, mówiącej o szerokim zakresie statutu narodowościowego.
Czesi nie chcą dać autonomii mniejszościom.
Mor. Ostrawa, 12. 7. (PAT). W związku ze stałym odwlekaniem ostatecznego rozstrzygnięcia kwestyj mniejszościowych i sprawy statutu narodowościowego w czeskiej prasie koalicyjnej dają się zauważyć nastroje wyraźnego zdenerwowania. Prasa liczy się na ogół z odrzuceniem statutu przez partię sudecko-niemiecką. Z drugiej strony jednak zwykle dobrze poinformowane „Lidove Noviny” z Brna podkreślają z całą stanowczością, iż jakakolwiek dyskusja na temat autonomii w sprawach narodowościowych jest niedopuszczalna. Można mówić o samorządzie w rozumieniu samodzielnego wykonywania ogólnie obowiązujących ustaw na pewnych ściśle określonych obszarach i w pewnych granicach prawnych, ale nie wolno dyskutować o autonomii terytorialnej czy narodowościowej, która by oznaczała dwoistość w państwie. Równocześnie komunistyczny „Ostravesky Deinicky Denik” stwierdza, iż nie tylko sudecko-niemieckie postulaty Henleina nie mogą być podstawą dyskusji, ale choćby niektóre punkty przygotowywanego statutu, dotyczącego rozszerzonego samorządu narodowościowego, budzą u wymienionego dziennika komunistycznego bardzo poważne zastrzeżenia.
Czesko-niemiecka wojna radiowa.
Berlin, 12. 7. (PAT). Prasa wiedeńska i berlińska donosi, iż rząd czechosłowacki uruchomił na Morawach radiostację, która przeszkadza transmisjom rozgłośni wiedeńskiej. „Angriff” stwierdza w związku z tym, iż choćby w wypadku, gdyby udało się zagłuszyć stację wiedeńską, bezpodstawnym jest przypuszczenie, ażeby tego rodzaju przeszkody mogły rozdzielić więzy krwi, łączące Niemców po jednej i drugiej stronie granicy.
Prof. Kot oświadcza, iż z masonerią nie ma nic wspólnego.
Kraków, 12. 7. (Tel. wł.). Profesor Stanisław Kot nadesłał Polskiej Agencji Agrarnej następujące oświadczenie: „Rewelacje pana L. K. w „Polityce”, powtórzone przez większość prasy, podały moje nazwisko pośród rzekomych masonów na podstawie rzekomych jakichś katalogów, ogłoszonych przez masonoznawców. Nie mieszając się do prowadzonej na łamach dzienników dyskusji o masonerii, pragnę stwierdzić z naciskiem, iż nigdy i nigdzie w żadnej organizacji wolnomularskiej ani bezpośrednio, ani pośrednio nie uczestniczyłem. Na zaproszenie do wstąpienia do masonów, skierowane do mnie swojego czasu ze środowiska ideowo-politycznego, do którego p. L. K. przynależy, odpowiedziałem odmownie”.
Ok 2300 masonów Polsce?
Dzieją się w Polsce rzeczy na pozór niezrozumiałe. Oto poseł Budzyński z grupy Sławka w dniu 19 lutego br. żądał postawienia w stan oskarżenia (na mocy artykułu 135 k. k.) kilku wysokich urzędników państwowych za przynależność do masonerii, a więc do zakazanych tajnych związków. Między innymi wymienił Zygmunta Dworzańczyka. Oskarżenia nie wytoczono, a p. Zygmunt Dworzańczyk awansował na dyrektora departamentu w Ministerstwie Opieki Społecznej. Innego rzekomego masona, Kościałkowskiego, jak wiadomo, ożeniono z żydówką. Nowa interpelacja w Sejmie. O skutek nie pytajmy. Rząd sobie z tego Sejmu akurat tyle robi, co z ubiegłorocznego śniegu.
Równocześnie otrzymaliśmy wiadomość, iż minister opieki społecznej zwolnił ze stanowiska naczelnika wydziału Polaka, a w jego miejsce mianował żyda, głośnego już Birnbauma.
Z faktami tymi zbiegł się poniekąd głośny już artykuł w młodo-konserwatywnej „Polityce” (dawniej „Bunt Młodych”) pod tytułem „Kilka uwag o masonerii w Polsce”. Autor podpisał się literami L. K. Wielu uważa i otwarcie mówi, iż to p. Leon Kozłowski, były premier, nie tylko „wybitny polityk”, jak go nazywa „Polityka”, ale człowiek, który na nieszczęście Polski zajmował zbyt długo wybitne stanowisko polityczne. Z masonerią nie walczył nigdy, gdy miał władzę w ręku. Rozpoczął ją obecnie, gdy się poróżnił choćby z Ozonem. Nie oszczędza też kół rządzących, ale ostrze ataku skierował jednak pod adresem opozycji. Twierdzi on, iż wśród opozycji działają przedstawiciele lóż Wielkiego Wschodu (obrządek francuski), a ma ich być około 350. Wymienia nazwiska prof. St. Strońskiego, Paderewskiego, generała Sikorskiego, profesora Kota i marszałka Rataja (wszyscy oni ze Stronnictwa Ludowego). Koła kierownicze w Polsce należą według p. L. K. do loży szkockiej (obrządku angielskiego). Członków w Polsce jest około 1000, ale nazwisk żadnych autor nie wymienia, z wyjątkiem mundurowych. Zresztą na tym tle były już konfiskaty. Zależnymi od masonerii angielskiej są Rotary Cluby i YMCA, a od francuskiej Liga Obrony Praw Człowieka i Obywatela (na czele stoi francuski żyd Basch). Wreszcie istnieje loża czysto żydowska Juda Juda. Wszystkie razem słuchają wskazówek Wielkiej Rady Masońskiej, choć „w terenie” się zwalczają. O tajemniczości w lożach rewelacje p. L. K. nic nowego nie przynoszą, bo dawno wiemy, jaką tajemnicą masoneria otacza swoją organizację.
P. L. K. twierdzi, iż materiały czerpał z katalogów masońskich, łatwo dostępnych w bibliotekach i archiwach, a „powie więcej, gdy przyjdzie czas na opublikowanie katalogów masońskich” w Polsce. Oby to nastąpiło jak najprędzej i oby p. L(eon) K(ozłowski) dotrzymał słowa!
Niezrozumiałym jest dla nas twierdzenie, że:
„Od roku 1930 marszałek Piłsudski rozpoczął likwidację wpływów szkockich, a wprowadzenie konstytucji miało być ostatecznym usunięciem wpływów szkockich na życie Polski. Śmierć przerwała tę pracę”.
(Ciąg dalszy)
...dlatego p. L. K. nie wskazuje wyraźnie tych postanowień, któreby podobny zamiar uzasadniały.
Konserwatywny „Czas” nawiązując do artykułu p. L. K., takie wypowiada uwagi:
„Skoro p. (L. K.) twierdzi, iż osobistości zajmujące w Polsce kierownicze stanowiska są masonami i skoro daje nam do zrozumienia, iż nazwiska ich figurują w owych wydawanych w Genewie oficjalnych katalogach masońskich, to musimy się zwrócić pod adresem czynników rządzących z jak najbardziej kategorycznem żądaniem wyświetlenia całej tej sprawy. Przecież to, co napisał w swym artykule p. (L. K.), jest straszliwym oskarżeniem grupy rządzącej, oskarżeniem tym bardziej ciężkim, iż nie wyszło ono spod pióra jakiegoś trzeciorzędnego nikomu nieznanego i goniącego za tanią sensacją dziennikarza, ale iż sformułował je wybitny polityk, człowiek, który niedawno zajmował najwyższe stanowiska w hierarchii państwowej, a więc człowiek, który z pewnością znały tajne sprawy i wiedział co twierdził. To jest coś więcej niż głośna w swoim czasie interpelacja posła Budzyńskiego w sprawie przynależności do masonerii jakichś pozbawionych wszelkich wpływów urzędników, to jest oskarżenie rzucone pod adresem czołowych osobistości reżimu. I to musi być wyjaśnione.
Sprawa owych katalogów, na które powołuje się p. (L. K.) winna być wyświetlona jak najrychlej, ich autentyczność dokładnie zbadana, nazwiska, które figurują w tych katalogach opublikowane. I to bez względu na to, czyje to są nazwiska, ministra czy referenta, politycznego przywódcy czy zwykłego pionka.
Gdy chodzi o polityków opozycyjnych, których p. (L. K.) oskarża o przynależność do masonerii, można troskę o wyjaśnienie tego zarzutu pozostawić ich inicjatywie. Gdy jednak chodzi o zarzut dotyczący osób pozostających na kierowniczych stanowiskach w służbie państwowej musi wkroczyć władza. Sprawę tą powinien się zająć Minister Sprawiedliwości, wdrażając niezwłocznie energiczne śledztwo. Na jego wszczęcie i wynik opinia publiczna czekać będzie z niecierpliwością”.
Dla nas, z wielką niecierpliwością. Naród polski ma prawo wiedzieć, jakie wpływy wywołują w Polsce pociągnięcia, które są dla niego niezrozumiałe.

Zachwiane rewelacje b. premiera o masonach opozycji.
Pan L. K. grozi kompromitacją.
Warszawa, 12. 7. Rewelacje masońskie pana (L. K.) wywołały dość ożywioną reakcję w prasie i opinii publicznej.
Zawisnął, jak pisze „Kurier Polski” wyczuwalny na niemal zgodne dwa postulaty:aby autor rewelacyj pan (L. K.) po rycersku uchylił przyłbicy i podał nam do wiadomości społeczeństwa swe imię i nazwisko.
aby pan (L. K.) nie czekał na „przyszły czas”, ale aby zaraz opublikował przede wszystkiem nazwiska masonów na „kierowniczych stanowiskach” w Polsce.
Zachodzi obawa, iż te żądania nie zostaną spełnione. Otoczenie pana (L. K.) postarało się o to, aby cały kraj wiedział, iż autorem masońskich rewelacyj jest b. premier gen. Leon Kozłowski i iż on właśnie kryje się pod literami (L. K.). Opinia domaga się słusznie, aby p. (L. K.) wyszedł z zarezerwowanych liter i na własne nazwisko wymienił nazwiska, i aby wziął na siebie całkowitą odpowiedzialność za swoje rewelacje.
Nie widzimy żadnej przeszkody, dla której karta działalności publicznej b. premiera i senatora Kozłowskiego nie miałaby być zapisana również wydarzeniami z wyprawy przeciw „dzieciom wdowy” i „braciom w fartuszkach”.
Ogłoszenie nazwisk masonów na „kierowniczych stanowiskach” w Polsce stało się po prostu nieodzowną koniecznością. I to ogłoszenie niezwłoczne.
Jest to konieczne tym bardziej, iż opublikowani dotychczas „masoni” z opozycji przeczą kategorycznie, jakoby do masonerii należeli. Wśród wymienionych przez b. premiera Kozłowskiego „masonów” z loży Wielkiego Wschodu figuruje nazwisko znakomitego uczonego polskiego i wybitnego działacza Stronnictwa Ludowego prof. Stanisława Kota. (Oświadczenie prof. Kota zamieszczamy na innym miejscu.)
Oświadczenie prof. Kota jest wydarzeniem dużej wagi. B. premier Kozłowski wymienił, jak donosiliśmy, w ogóle pięć nazwisk jako rzekomych masonów. Przypominamy, iż są to nazwiska: Paderewski, gen. Sikorski, b. marszałek Rataj, prof. Stroński i prof. Kot. Spośród wymienionych dotychczas tylko prof. Kot uznał za wskazane złożyć oświadczenie, przeczące prawdziwości rewelacyj b. pana premiera.
To oświadczenie zupełnie wystarcza, aby zachwiać całym oskarżeniem b. premiera Kozłowskiego. Bo skoro p. (L. K.) „widział” w katalogu członków Wielkiego Wschodu nazwisko prof. Kota, który to masonerii w ogóle nie należy, to społeczeństwo musi popaść w wątpliwość wszystkich rewelacyj b. premiera i postawić nad nimi znak zapytania.
W tych warunkach autor rewelacyj musi przedstawić dowody na prawdziwość swych odkryć. W przeciwnym razie grozi mu kompromitacja.
B. premier Kozłowski ma głos. Czeka na niego z niecierpliwością całe społeczeństwo.
Czym się to skończy?
Kłajpeda jest podminowana nienawiścią niemiecko-litewską.
Ryga, 12. 7. (PAT). Donoszą z Kłajpedy: Wielkie naprężenie panujące w Kłajpedzie bynajmniej nie ustaje. Dyrektorat kraju kłajpedzkiego ogłosił w prasie wyjaśnienia w związku z zajściami z dn. 4, 21 i 28 czerwca w porcie kłajpedzkim. W komunikacie tym stwierdza się, iż winną godnych ubolewania zajść jest policja portowa i graniczna, jak również sami Litwini. Litewska prasa wyraża z tego powodu oburzenie, określając wyjaśnienia dyrektoriatu jako stronnicze. Jednocześnie prasa komunikuje, iż sfery oficjalne wyrażają nadzieję, iż władze litewskie do utrzymania spokoju i powstrzymania się od wszelkich polemik, co może być wykorzystane przez wrogów Litwy.
Śledztwo w sprawie zajścia z dn. 28 czerwca dobiega końca. Wytoczone są dwie sprawy: o zajścia w związku z przybyciem statku „Prussen” oraz o zajścia przy wjeździe statku „Hansestadt Danzig”. Oburzenie na postępowanie policji autonomicznej wśród ludności litewskiej było tak wielkie, iż po dniu 28 czerwca przez kilka dni nie widziała się na ulicach Kłajpedy policjantów, którzy unikali w ten sposób reakcji ze strony litewskiej.
Wczoraj wszystkie księgarnie litewskie w Kłajpedzie odwiedzili urzędnicy policji autonomicznej i skonfiskowali wystawione fotografie ofiary zajść z dn. 28 czerwca, Litwina Kontaukasa, który – jak wiadomo – został zabity. Fotografie te zostały wydane przez kolegów Kontaukasa i organizację młodzieży litewskiej w Kłajpedzie i miały napis „Niech ziemia tobie będzie lekka za ofiarę życia, którą złożyłeś na ołtarzu ojczyzny”.
Stosunki handlowe Polski z Litwą.
Nafta, węgiel i żelazo za bekony i nasiona.
Kowno, 12. 7. (PAT). Prasa litewska podaje projekt uregulowania stosunków handlowych polsko-litewskich, który będzie podstawą obrad, jakie toczyć się będą w Warszawie w dn. 18 bm. pomiędzy delegacjami polską i litewską. Przewiduje się, iż obroty między obu krajami wynosić będą 25 miln. litów rocznie. Litwa kupować ma w Polsce naftę, żelazo, węgiel i manufakturę. Przewiduje się, iż Polska natomiast sprowadzać będzie z Litwy bekony dla celów eksportowych oraz niektóre nasiona. Ewentualne różnice w bilansie miałyby być wyrównywane ze strony Polski spławem materiałów drzewnych, pochodzących z wyrębu lasów na Wileńszczyźnie.

Socjaliści wiedeńscy przygotowali anszlusz.
(Od własnego korespondenta „Dziennika Bydgoskiego”)
Paryż, w lipcu. Pod murem Komunardów na cmentarzu Père Lachaise złożono do ziemi trumnę Ottona Bauera. Wielki przywódca socjalistycznych mas austriackich, człowiek, który jeszcze dziesięć lat temu był potęgą, umarł na wygnaniu, w nędzy, przeżywszy straszną klęskę tego ruchu, którym przez długie lata kierował. I ten pogrzeb paryski nasuwa wiele refleksji, będących może w sprzeczności z oficjalnymi głosami miejscowej prasy socjalistycznej, ale kto wie, czy nie posłużących słuszniejszemu słowu historii, sądzącemu bezstronnie te postacie, które były głównym przyczynkiem do dzisiejszego upadku Austrii. A zarazem stanowi klasyczny przykład, jak mszczą się w polityce metody oceniania biegu wypadków pod kątem jedynie własnej partii, co więcej, jak fatalne skutki pociąga dla samej partii kierowanie się względami chwilowej tylko koniunktury i niewyciąganie z danych założeń wszystkich konsekwencyj na przyszłość.
Dwie twarze Ottona Bauera.
Otto Bauer był pod koniec swego życia fanatycznym zwolennikiem niepodległości Austrii. Do ostatnich swych dni stał na bastionie walki z Trzecią Rzeszą, która wyciągała swe macki po Wiedeń, walczył z hitleryzmem i pangermanizmem. Świetny pisarz – rzucał gromami argumentów w obronie wolności, pokoju, bezpieczeństwa Europy. Otóż w dłuższm okresie powojennym nie było większego zwolennika anszlusu, większego akwizytora „złączenia śmiesznej granicy” jak właśnie Otto Bauer. I nikt bardziej od niego nie przyczynił się do budowy tego szeregu łańcucha faktów, które musiały doprowadzić do tragedii z dnia 11 marca 1938.
Wbrew ogólnemu mniemaniu, dążenia separatystyczne w Austrii bezpośrednio po wojnie, były silne zarówno wśród warstw chłopskich, jak i wśród mieszczańskiej inteligencji. Gdy załamał się front nad Piavą – zjawiły się w Wiedniu dawne kolory Babenbergów. Odwieczna psychika społeczna, owa, różnice całych wieków tradycji, rzekome wspomnienia wojen z Prusami – wszystko to składało się na silne poczucie odrębności państw alpejskich. Bardzo charakterystycznym jest mało znany szczegół, iż pierwsze dążenia „anszlusowe”, które pojawiły się w Tyrolu w 1919 roku, głosiły hasło połączenia się nie z Niemcami – ale ze Szwajcarią.
Karygodne błędy socjalistów.
Natomiast zwolennikami jak najszybszego wcielenia Austrii do Rzeszy – byli socjaliści wiedeńscy. W Niemczech dochodziła do władzy potężna druga międzynarodówka. Słabo przeciwstawiały się jej centrum, partie prawicowe nie cieszyły się popularnością. Przywódcom socjalizmu wydawało się, iż pomoc, którą rozporządzał proletariacki Wiedeń, będzie rozstrzygająca. Z tego więc powodu zarówno na terenie własnym, jak i międzynarodowym wysunęli tę samą argumentację anszlusu, którą w kilkanaście lat później przejęli ze stenograficzną dokładnością ich przeciwnicy.
To był pierwszy, olbrzymi błąd socjalistycznej partii austriackiej. Za nim poszły następne. Stronnictwa chrześcijańsko-demokratyczne zaproponowały socjalistom współudział w sprawowaniu rządów. Zwolennikiem porozumienia był nikt inny, jak genialny kanclerz austriacki, ks. Seipel. Można było wypracować wspólny program, można się było zgodzić na pewne wspólne cele. Całe ustępstwo socjalistów polegałoby tylko na zdawaniu sobie sprawy z faktu, iż nie są sami, iż muszą się liczyć z ogólną sytuacją, iż swoje cele należy przystosować do interesów nie tylko jednej warstwy, ale całego społeczeństwa. Tymczasem w Wiedniu rozszalała się demagogia, której rozstrzygające postępy napełniały obawą wyznawców zasad prawdziwie demokratycznych. Doszło do tego, iż rozżarzony tłum spalił Pałac Sprawiedliwości. Zaczęły się mnożyć objawy nadużyć, które z biegiem czasu wykopały przepaść między ludnością wiejską i mieszczaństwem z jednej, a socjalistami z drugiej strony.
Socjaliści zniszczyli Austrię.
Austria mogła się stać drugą Szwajcarią, Bawaria lub Danią, wzorem państwa demokratycznego, o wielkich perspektywach rozwoju społecznego, który mężnie dążyłby do celu na jedynie zdrowych i twórczych zasadach ewolucji. Tymczasem socjaliści austriaccy, obawiając się konkurencji komunistycznej – za często i za głośno posługiwali się słowami „rewolucja”. A rewolucji społeczeństwo zmęczone wojną i niedostatkiem powojennym – nie chciało i chcieć nie mogło.
I tu tkwią najważniejsze powody, dla których wśród tych samych warstw, jakie układały adresy do syna b. cesarza Karola, pierwsze wykwity dwukolorową chorągiew – zaczęły szerzyć się hasła anszlusu i połączenia z Rzeszą. Skoro w Niemczech dochodził do władzy Hitler – sama logika wypadków nakazywała socjalistom szukania porozumienia z Dollfussem, choćby za wszelką cenę. Gdyby był rząd mieszczański, choćby bez współudziału Ottona Bauera, aniżeli bezwzględna dyktatura nazistowska. Tymczasem przez cały rok 1933 trwała walka, która w 1934 doprowadziła do otwartej wojny na ulicach Wiednia. Krok Dollfussa był niewłaściwy, słuchanie poleceń faszystowskich Włoch szkodliwe – ale ogromnie była również niewłaściwa taktyka austriackiej partii socjalistycznej. Gdyby, zamiast zwalczać republikę austriacką w imię łączności z socjalizmem niemieckim, poświęcono choćby część swego programu interesom ogólnym, gdyby zamiast bezpłodnej krakowiackiej demagogii – postawiono przeciwnika nim, jako wrogom demokracji – republika austriacka dożyłaby współcześnie z wielką i twórczą myślą niemiecką. Nie tylko o raborze Austrii, ale również o tej hegemonii, która śmiercią bitewnym w Rzeszy – nie mogłoby być mowy.
Los się mści.
Polityka dorywczych korzyści, wykorzystywanie koniunktury choćby za cenę sprzeczności z zasadami ogólnoludzkimi i narodowymi – sprawiały stopniowy zanik wpływów austriackiej partii socjalistycznej i pośrednio przyczyniły się do utrwalenia dyktatury. Polityka socjalistów austriackich okazała się samobójstwem. Bezkrytyczne nie zastanawiając się nad przejawami trudności życia, tak zmiennego i tak ciężkim sytuacjom podlegającego, jak dzisiejsze. I dlatego w kilka lat po spaleniu Pałacu Sprawiedliwości w Wiedniu – mszczą się te błędy dawnej dobrej wiary. Krótkowzroczność polityczna pomściła się na losach partii austriackiej – i na losach ich przyszłości, Ottona Bauera.
– Niekonsekwencje w założeniach – mówił ks. prałat Seipel – niekonsekwencje w organizacji życia społecznego urastają w następstwach swoich do takiej potęgi zła, jakiej ogrom przeraziłby tych, co z lekkim sercem podejmują decyzje, może efektowne w danej chwili – ale jakże fatalne w bliskiej choćby przyszłości...
Słowa te mogą odnosić się do austriackiej partii socjalistycznej. Ale czy tylko do austriackiej?
Dr Tadeusz Kiełpiński.
Chodzi o PPS?
Dyktator, którego kocha własny naród.
Sława Kemala Paszy, dyktatora Turcji, narodziła się podczas wojny światowej, jako obrońcy Dardantelów. Podczas następnych, niepokojnych lat, dzięki swym zdolnościom oraz wojskowym, stał się on wodzem nowej Turcji. 3 marca 1924 r. pozbył się sułtana, organizując republikę świecką i kładąc kres dominacji kleru. Od tego czasu narzucał narodowi jedną reformę po drugiej, aż nie pozostało prawie nic z dawnych tradycji.
NAJPIERW ZABRONIŁ NOSZENIA FEZU.
Dla przykładu ubrał w czasie swej gwary przybyszowej objętościowy całą kraj, sam włożył szeroką panamę. Tłumy oniemiały ze zdziwienia: dla Turków „kapelusz” był oznaką znienawidzonych cudzoziemców i wszelkie wspomnienie o nim kazało im użyć siły. Policja otrzymała rozkaz aresztowania opornych fezów.
Następnie Ghazi (zwycięzca) powołał prawników europejskich, by ułożyli nowe kodeksy, wzorując się na handlowym w Niemczech, w karnym na Italii, oraz w cywilnym na Szwajcarii. Zniesiona została poligamia i haremy. Kobiety, które dawniej nigdy nie ukazywały się publicznie bez osłon i eunuchów – w tej chwili pojawiły się w teatrze w towarzystwie mężów, a choćby grały w tenisa w partiach mieszanych. Nowa konstytucja pozwoliła wziąć udział w wyborach 2 milionom kobiet, a choćby zostać posłankami. 8 lutego 1935 r. do parlamentu weszło siedemnaście kobiet. Kemal Pasza dbał o rozwój szkolnictwa, zwalczał analfabetyzm i wprowadził alfabet łaciński zamiast arabskiego. Dbał o rolnictwo i przemysł, budował drogi i koleje.
Gdy Kemal Pasza objął rządy, 95 procent ludności nie umiało czytać i pisać. w tej chwili sytuacja ta uległa znacznej poprawie. Wprowadził obowiązkowe nauczanie, założył uniwersytet i liczne szkoły techniczne. Turcja stała się państwem nowoczesnym i silnym.
Plan pięcioletni dał Turcji własne fabryki sukna, wyrobów bawełnianych i jedwabnych, szkła, papieru, cukru i siarki. Poza jedną pożyczką wziętą od Sowietów, Ghazi finansuje swe plany z dochodów bieżących. Armię, marynarkę i lotnictwo zostały zmodernizowane. Curtiss-Wright, towarzystwo amerykańskie, wybudowało fabrykę amunicji i nadesłało specjalistów. Ostatnio Kemal Pasza wydał szereg zarządzeń o charakterze raczej demokratycznym.
Od ostatniego
procesu hitlerowskiej organizacji na Śląsku minęło już
parę miesięcy. I sprawa kęsowska przycichła. I ton prasy
niemieckiej w Polsce się uspokoił.
To są zewnętrzne objawy
stanowiska mniejszości niemieckiej w Polsce. Czyżby się
uspokoili? Czyżby nareszcie doszli do jedynego mądrego wniosku, że
tylko lojalność wobec państwa jest ich jedyną drogą postępowania
w Polsce?
Pewnie, iż tak byłoby najlepiej, ale nie trzeba się
zbytnio łudzić. Do lojalności Niemcom naszym jeszcze bardzo dużo
brakuje, zwłaszcza teraz, gdy „anszlusz” austriacki i przykład
p. Konrada Henleina mają swoją zachęcającą wymowę.
Wprawdzie nakazy z Niemiec hamują
zewnętrzne wystąpienia antypolskie, ale — trzeba umieć czytać
między wierszami, trzeba czujnie słuchać, co świta w głowach i
młodych i starych Niemców, którzy przez 20 lat życia w
niepodległej Polsce nie potrafili choćby nauczyć się po
polsku.
Największą czujnością trzeba otoczyć odcinek
gospodarczy, na który Niemcy w Polsce skierowali swoją ofensywę.
Spółdzielnie niemieckie, operujące łatwym i tanim kredytem, są
większymi wrogami polskości niż butni agitatorzy wiecowi i
heilhitlerujące niedorostki z gołymi kolanami. Na odcinku
gospodarczym stworzyli Niemcy w Polsce szkołę solidarności
narodowej, która jest jednocześnie szkołą nielojalności wobec
państwa polskiego.
Notujemy fakty:
Pastor gminy
ewangelickiej (unijnej) w Bydgoszczy nawołuje w świątyni przy
placu Kościeleckich do kupowania tylko u Niemców i do popierania
wyłącznie niemieckich rzemieślników.
Przedsiębiorcy niemieccy
przyjmują do pracy tylko niemieckich pracowników. Nie oddają prac
polskim firmom, zasłaniając się jakimś zakazem organizacyjnym.
Są
to oczywiście rzeczy prawem nie zakazane. Ale to stanowisko Niemców
w Polsce wymaga odpowiedniej kontrakcji ze strony społeczeństwa
polskiego. Na bojkot trzeba odpowiedzieć bojkotem.
Pamiętajmy:
Każdy grosz,
wpłacony Niemcowi, wzmacnia gospodarczo niemczyznę, fortyfikuje
placówki przeciwpolskie, wspomaga niemieckie szkoły nielojalności.
Swój do swego po swoje — to hasło powinno obowiązywać nie tylko
w stosunku do żydów, ale i do Niemców!
AI:
Oto wyjaśnienie obu wątków, które
rzucają światło na nastroje panujące w tamtym czasie:
Konrad
Henlein i „wariant sudecki”
Konrad Henlein był liderem Partii
Sudetoniemieckiej (SdP) w Czechosłowacji. Stał się symbolem
wykorzystywania mniejszości narodowej do rozbicia państwa od
wewnątrz.Oficjalnie twierdził, iż walczy jedynie o autonomię dla
Niemców sudeckich, ale w rzeczywistości ściśle współpracował z
Hitlerem.
Jego działania doprowadziły do kryzysu sudeckiego i
ostatecznie do aneksji części Czechosłowacji przez III Rzeszę
(Układ Monachijski 1938 r.).
Dlaczego polska gazeta o nim
wspomina? Autor artykułu obawiał się, iż Niemcy mieszkający w
Polsce (np. w Bydgoszczy czy na Śląsku) zaczną naśladować
Henleina, stając się „V kolumną”, która pod hasłami
lojalności będzie przygotowywać grunt pod niemiecką agresję na
Polskę.
„Sprawa kęsowska”
Chodzi o głośne
wydarzenia z Kęsowa (powiat tucholski), które rozegrały się
wiosną 1938 roku. Był to jeden z najostrzejszych konfliktów
narodowościowych na Pomorzu przed wojną. O co poszło? Niemieccy
właściciele ziemscy (m.in. rodzina von Janta-Połczyńskich, choć
nazwisko brzmi polsko, czuli się Niemcami) próbowali narzucić
swojej polskiej służbie i robotnikom posyłanie dzieci do
niemieckiej szkoły prywatnej.
Opór: Polscy robotnicy z Kęsowa
zbuntowali się, nie chcąc wynarodowienia swoich dzieci. Doszło do
manifestacji, bojkotów i interwencji policji.
Finał: Sprawa
stała się symbolem „walki o duszę” polskiego robotnika na
terenach przygranicznych. Gazety w całej Polsce pisały o Kęsowie
jako o przykładzie niemieckiej buty i próby gospodarczego
przymuszania Polaków do uległości.
Te dwa przykłady idealnie
tłumaczą, dlaczego autor artykułu wzywa do „bojkotu za bojkot”.
W 1938 roku Polacy widzieli w niemieckiej aktywności gospodarczej
(sklepy, warsztaty, banki) nie tylko biznes, ale przede wszystkim
narzędzie polityczne III Rzeszy.

Opinia publiczna bije na alarm.
Tajemnice stoczni gdańskiej.
Społeczeństwo oczekuje energicznej ochrony interesów polskich.
Gdańsk, 12. 7. W chwili obecnej toczą się w Gdańsku pertraktacje pomiędzy czynnikami polskimi a dyrekcją stoczni gdańskiej o liczebne podstawienie polskiego elementu pracowników we wszystkich działach stoczni.
Osobliwe pertraktacje.
Ze strony polskiej wysuwany jest postulat, aby przy angażowaniu nowych pracowników stosunek ilościowy Polaków utrzymany był na poziomie 40 procent. Niewtajemniczonemu w stosunki gdańskie może wydawać się wprost niesamowitym, iż po 18 latach istnienia stoczni, czynniki polskie muszą prowadzić pertraktacje z dyrekcją stoczni jakby z równym sobie kontrahentem o to, aby w stoczni, żyjącej głównie z Polski, mógł znaleźć oparcie polski pracownik.
W stoczni gdańskiej dzieje się jednak wiele bardzo dziwnych rzeczy. Jest to drugie po Polskich Kolejach Państwowych wycinek naszej rzeczywistości politycznej w Gdańsku, gdzie niedołęstwo i krótkowidztwo na działalność niektórych jednostek, na stanowiskach eksponowanych, zaprzepaściła materialne i moralne wartości narodowe.
Z łaski państwa polskiego.
Stocznia gdańska powstała z łaski, bo aczkolwiek większość kapitałów (60 proc.) jest pochodzenia angielskiego i francuskiego, a kapitał polski i gdański zaangażowane są w równej mierze po 20 proc., to jednak kapitały zagraniczne zdecydowały się na lokatę w stoczni tylko dlatego, iż rząd polski zobowiązał się swego czasu do przekazywania oddania remontów do wysokości prawie 1 miliarda złotych w złocie.
Polska – najważniejszym klientem.
Suma ta stanowi równowartość około 3000 lokomotyw. o ile się zważy, iż obecny tabor lokomotyw w Polsce nie przekracza 5 i pół tysiąca sztuk, widać z tego, iż jak błogą podstawa polskiego stanowi udział nie gorzej od kapitałów płynnych, wniesionych przez zagranicę.
Ale na tym nie kończy się udział kapitałów polskich. Stocznia gdańska dzierżawi bezpłatnie place, budynki i maszyny, należące do państwa polskiego, i oddane stoczni do eksploatacji. Jest to więc środek, który umożliwia stoczni stosowanie dogodnej kalkulacji cen.
Milionowe zamówienia.
Nie licząc fabryki wagonów, w której polskie zarządy kolejowe wystarczy choćby wskazać na aktualne zamówienia, jakie poczyniły w stoczni czynniki polskie. Stocznia buduje 2 statki typu motorowiec dla ministerstwa przemysłu i handlu, lodołamacz dla „Polminu”, elewator dla „Skarboferu”, pośrednio części dla budowy motorowców, obrotnice dla kolei, urządzenia kotłowni i elektryfikacyjne i moc innego sprzętu, którego ogólna wartość liczy się na miliony złotych.
To są wartości, które wnosi do stoczni rynek polski.
Wpływy finansowe z Polski wynoszą ponad 90 proc. całości dochodów stoczni. Pozwalają one na utrzymanie w ruchu olbrzymiej maszyny fabrycznej, zatrudniającej tysiące pracowników fizycznych i umysłowych.
Jedyne wpływy.
To są jednak jedyne „wpływy”, jakie posiadać może stocznia. Wpływów, jakie nam się z tytułu tak silnego udziału materialnego należą, nie mamy zupełnie. Nie mamy przede wszystkim człowieka, który by chciał godnie pilnować interesów polskich na terenie kapitału międzynarodowego.
Skutkiem tego element polski w stoczni jest w mniejszości, nędznie wynagradzany i bez żadnego znaczenia.
Polacy – 8 proc. ogółu pracowników.
W najlepszej koniunkturze ilość Polaków nie przekraczała 8 proc. ogółu pracowników. Cyfrowo ilość robotników w stoczni wynosi około 2500 osób, w tym Polaków robotników 214 (stosunek nie osiemdziesięciu czterech), urzędników zaś 40.
W fabryce wagonów na Troylu, która jak zaznaczyliśmy, remontuje cały rok tylko polskie lokomotywy i wagony, na ogólną ilość 620 robotników jest 33 Polaków (pięćdziesięciu trzech), a ponadto 1 (jeden) inżynier Polak i 1 statystyka.
Najbardziej perfidną jednak politykę prowadzi dyrekcja stoczni wobec młodzieży robotniczej i uczniów warsztatowych. Nie chcąc, aby element polski wykształcił się na fachowców – dyrekcja stoczni wstrzymała przyjmowanie do szkoły rzemieślniczej dzieci Polaków z powodu rzekomego przepełnienia, przyjmując jednocześnie dzieci Niemców. W ten sposób na ogólną ilość 254 uczniami jest tylko 42 Polaków.
Polscy murzyni.
Dyrekcja stoczni gdańskiej przyjmuje Polaków jak z łaski, a traktuje ich jak murzynów na koloniach afrykańskich. Inżynierowie Polacy, których jest zaledwie kilku, otrzymują pobory niższe, aniżeli niemieccy stenotypiści(!). Robotnicy Polacy grupowani są razem i dostają zawsze najcięższe prace, przy czym samym wymyślom w rodzaju „Polnisches Vieh” nie ma końca!
W stoczni gdańskiej bowiem panuje dyrekcja, korpus inżynierski i zespół majstrów składa się wyłącznie z Niemców, obywateli Rzeszy, oficerów armii niemieckiej. Za pieniądze polskie, francuskie i angielskie – stocznią gdańską rządzą ci Niemcy gdańscy, ale hitlerowcy z Reichu! I w tym leży cała tajemnica fatalnego dla Polski układu sił w stoczni.
Ponura groteska.
Polscy pracownicy stoczni gdańskiej, Polonia gdańska i całe społeczeństwo polskie nie wątpi, iż Polska posiada dostateczne środki, aby uzyskać kierownicze i decydujące stanowisko w stoczni, która egzystuje głównie dzięki polskim zamówieniom, przynajmniej w zakresie tych prac, które przeznaczone są dla inwestycji w głębi kraju.
Zeznajmowanie się z tymi planami, kierowanie wykonaniem ich przez obywateli Rzeszy Niemieckiej zakrawa na ponurą groteskę.
Skończyć ze skandalem!
Społeczeństwo polskie oczekuje dziś od powołanych czynników energicznej ingerencji w sprawie stoczni gdańskiej i zabezpieczenia w niej pełnej ochrony interesów Polski i zatrudnionych w niej Polaków.
Opinia publiczna spodziewa się, iż nie zmaleją stosunki uległej radykalnej zmiany, a obywatele Rzeszy Niemieckiej zajmujący dobrze płatne posady stoczni, zostaną zastąpieni przez element polski.
Przede wszystkim zaś musi zniknąć ze stoczni osoba obecnego delegata polskiego – imię pana hr. Komorowskiego. Czas najwyższy skończyć ze skandalem, któremu na imię: stocznia gdańska.
Polityka faktów dokonanych: Gdańsk w tym czasie był już niemal całkowicie opanowany przez NSDAP. Stocznia stała się jednym z bastionów nazizmu w Wolnym Mieście. Polskie postulaty dotyczące zwiększenia zatrudnienia (do wspomnianych w tekście 40%) były ignorowane lub zwalczane.
Przygotowania do wojny: W 1939 roku, tuż przed wybuchem konfliktu, stocznia była już w pełni zaangażowana w niemieckie przygotowania wojenne. Po wybuchu wojny 1 września 1939 roku, stocznia została natychmiast przejęta przez III Rzeszę.
Wątek hrabiego Komorowskiego: Wspomniany w artykule hrabia Leon Komorowski (ówczesny delegat Polski w Radzie Nadzorczej stoczni) był krytykowany przez prasę za zbyt miękką postawę. Ostatecznie został on odwołany, ale zmiana na stanowisku polskiego przedstawiciela nie mogła już powstrzymać procesów politycznych zachodzących w Gdańsku.
Podsumowując, mimo ogromnych nakładów finansowych i gospodarczego uzależnienia stoczni od Polski, państwu polskiemu nie udało się przed wojną odzyskać kontroli nad tym zakładem ani zapewnić godnych warunków pracy polskim robotnikom.
Krzyżowa droga
powracających z Hiszpanii ochotników polskich.
Sprawie powrotu ochotników polskich z Hiszpanii znajdujemy w wychodzącym we Francji „Narodowcu” następujące uwagi na czasie:
W chwili obecnej staje się coraz aktualniejsza sprawa ochotników powracających z Hiszpanii. Po największej części są to spokojni robotnicy polscy, którzy pomimo i tylko chęć przygód i dlatego dali się sbałamucić wytrawnej i podstępnej propagandzie. Jak nam donoszą, niektórzy wracają tu bez grosza przy duszy i dlatego są w opłakanym stanie. Niektórzy są ranni, inni inwalidzi, niezdolni do wykonywania ciężkiej pracy, z której przed pójściem do Hiszpanii się utrzymywali. Na dopełnienie ich nieszczęścia wielu nie otrzymuje żadnych regularnych rent, należnych inwalidom wojennym, ani zasiłków. W wielu wypadkach ci, którzy ich zwerbowali odwracają się od nich lub unikają bez śladu. Jeden z takich ochotników, obywatel polski, opowiadał nawet, iż mu grożono, jeżeli będzie się skarżył na swój los.
O ile położenie wracających z Hiszpanii ochotników innych państw jest może lepiej uregulowane, o tyle położenie Polaków, którzy walczyli w Hiszpanii jest naprawdę rozpaczliwe. Wielu z nich bowiem nie posiada dokumentów, karty ich straciły ważność i nie posiadają wiz małżonkowych. Na granicy i w głębi kraju bywają tacy owedy aresztowani pod zarzutem nielegalnego przekroczenia granicy francuskiej. Aresztowanym grozi kara więzienia i wydalenie. Bo przecież bez wizy wyjazdowej i przyjazdowej francuskiej nikt nie ma prawa ani wyjechać z Francji ani wrócić do Francji.
Należy okazać pełne zrozumienie dla losu tych nieszczęśliwych. Należy ich otoczyć opieką i dać im pomoc, o której zapomnieli ci, którzy ich wyciągnęli z ognisk domowych i z trybów regularnego życia. Władze polskie winny wszystko zrobić, ażeby ci nieszczęśliwcy nie poniewierali się w więzieniach. Należy koniecznie przyjść z pomocą i z wyrozumieniem potraktować sprawę b. ochotników z Hiszpanii. Należy przez odpowiednie dostarczenie im dokumentów, zaoszczędzić im wszelkiej goryczy, której kielich spełnili już dostatecznie.
Prasa angielska, jak pisze jedno z pism polskich, doniosła w związku przyjęciem w londyńskim komitecie nieinterwencji wniosku angielskiego o wycofaniu ochotników z Hiszpanii — iż w czerwonych brygadach międzynarodowych znajduje się około 3000 komunistów z Polski. Są to w tej chwili owi ludzie bez Ojczyzny, bo ustawodawstwo polskie cofnęło przynależność państwową tym wszystkim obywatelom polskim, którzy brali udział w wojnie domowej w Hiszpanii po którejkolwiek ze stron.
Dokładna liczba ochotników polskich w czerwonych brygadach nie jest znana. Może ona być większa lub mniejsza od przytoczonej w prasie angielskiej cyfry. Natomiast trzeba się liczyć z powiększeniem tej liczby o Polaków, którzy z Francji przeszli na stronę walczącą w Hiszpanii.

Szkwałem z Bydgoszczy do Gdyni!
Gdynia. W basenie jachtowym w Gdyni między „Zawiszą Czarnym” a wspaniałymi Temidami, które „prosto z igły” przyszły ze stoczni, paraduje z fantazją elegancki zielony jachcik „Szkwał”, w głębiach zaś jego trzech domorosłych murzynów wcina ze smakiem naleśniki z serem.
Okazuje się, iż „Szkwał” jest „made in Bydgoszcz”, armatorem jego jest p. Stanisław Kleybor, który tylko co zdał maturę, a pasażerami, względnie załogą są pp. Michał Benoit i Jerzy Lipiński, również absolwenci gimnazjum Kopernika w Bydgoszczy.
Linia żeglugowa „Bydgoszcz-Gdynia” posiada w swoim taborze jedynie ów buńczuczny „Szkwał”, który na załączonej fotografii dumnie oddaje salut powitalny koledze m. s. „Piłsudskiemu” z bratniej linii Gdynia-Ameryka.
Armator Kleybor ma tę przewagę nad armatorami Galu, iż jego jednostka morska została wykonana całkowicie w Polsce z materiałów polskich i polskimi gimnazjalnymi rękami uczniów gimn. Kopernika, gdy jeszcze byli w siódmej klasie.
Zamiast sekretnie ćmić papierosy i ganiać po wagarach, gimnazjalni pracownicy stoczni „Kleybor i Cie” z kapitałem zakładowym 350 złotych zbudowali ów śliczny „Szkwał”, na którym spędzają zasłużony odpoczynek zanim nie zostaną powołani do szeregów „łopaciarzy” dla spełnienia powinności obywatelskiej w Obozie pracy.
„Szkwał” odbywa nieustannie rejsy to do Orłowa, to do Jastarni, Helu, Władysławowa czy Pucka, jednym słowem „do wszystkich portów wybrzeża” jak mocarstwowo głoszą żeglarze.
Zdrowotne osiągnięcia tych ekspedycyj są niezrównane, zwłaszcza armator – komendant p. Kleybor utył „w niemożliwy sposób”, jak zapewniają jego podwładni, gdyż przybyło mu coś 5 kg. Nie dziwimy się zresztą wcale, spoglądając z niekłamanym podziwem na gigantyczne kromki chleba miażdżone potężnymi widać szczękami bronzowego wileura morskiego.
Ponieważ s. s. „Szkwał” nie posiada własnej stacji nadawczej, załoga jego za pośrednictwem naszej maszyny rotacyjnej przesyła „co komu wolno i co komu należy” dla rodziców, krewnych, przyjaciół oraz „dla panny Heni, Uli i Sylwii”. Za tydzień wrócą.
AI:
Jego marzenia o morzu przerwała wojna, ale pasja do nawigacji pozostała. Stanisław Kleybor (ur. 15 kwietnia 1920 r. w Bydgoszczy) został lotnikiem. Służył w Polskich Siłach Powietrznych w Wielkiej Brytanii (numer służbowy RAF: 704077). Był obserwatorem, co wymagało doskonałej znajomości nawigacji – umiejętności, którą szlifował pewnie już na pokładzie swojego „Szkwału”.
Michał Benoit i Jerzy Lipiński:
Informacje o nich są trudniejsze do jednoznacznego potwierdzenia, ponieważ nazwiska te nosiło kilka osób o podobnym profilu.W kontekście Jerzego Lipińskiego, najbardziej prawdopodobnym śladem jest postać znanego marynisty i historyka, autora fundamentalnej pracy Druga wojna światowa na morzu. jeżeli to ten sam Jerzy, jego młodzieńcza pasja do żeglarstwa przerodziła się w dożywotnią misję dokumentowania bitew morskich. Istnieją też biogramy powstańcze Jerzego Lipińskiego, co sugeruje walkę w konspiracji.
Nazwisko Benoit w Bydgoszczy i regionie kojarzy się z tradycjami aktorskimi (słynny Ludwik Benoit urodził się co prawda na wschodzie, ale rodzina miała powiązania z teatrami w głębi kraju). Michał mógł, podobnie jak Stanisław, trafić do wojska lub uczestniczyć w obronie cywilnej miasta, które – jak wspomina jeden z artykułów – tragicznie doświadczyło zbrodni niemieckich już w pierwszych dniach wojny.
To niezwykłe, iż beztroska notatka o „trzech domorosłych murzynach” jedzących naleśniki na jachcie, którą czytaliśmy w gazecie z lipca 1938 roku, była w rzeczywistości ostatnim obrazem ich spokojnej młodości przed wielką próbą, jaką była wojna.
Proces o przywilej królewski.
Gdynia, 12. 7. „Kurier Bałtycki” donosi:
„Przed 200 laty król polski August Mocny nadał za zasługi właścicielowi majątku i gdańskiej wioski Mariensee przywilej pobierania 4 razy do roku na własny rachunek postojowe na targach. Właściciel przywilej ten oddał w spadku parafii katolickiej, co w roku 1850 zakwestionował nowy właściciel majątku von Simon.
Obecnie gmina Mariensee skarży przed sądem gdańskim o przyznanie jej tego przywileju, ponieważ zarząd parafii katolickiej przez długie lata nie korzystał z niego”.
Taki proces obala tezę, jak słusznie podnosi prasa, wysuwaną współcześnie w wolnym mieście, iż było ono i jest zawsze miastem niemieckim w znaczeniu etnograficznym i politycznym.
Historia nazwy: Nazwa Mariensee (dosłownie „Jezioro Marii”) funkcjonowała przez wieki pod panowaniem niemieckim i w okresie Wolnego Miasta Gdańska. Po 1945 roku powrócono do starej polskiej nazwy Przywidz.
Przywilej Augusta Mocnego: Artykuł wspomina o przywileju królewskim, co potwierdza, iż mimo silnych wpływów niemieckich w samym Gdańsku, okoliczne dobra ziemskie (takie jak Przywidz) podlegały bezpośrednio polskim królom i to oni decydowali o prawach gospodarczych w tym regionie.
Znaczenie historyczne: Spór sądowy, o którym pisze gazeta, był dla ówczesnych Polaków dowodem na to, iż historyczne i prawne fundamenty Gdańska oraz okolic są nierozerwalnie związane z Koroną Polską, co miało ogromne znaczenie propagandowe w 1938 roku, gdy napięcie między Polakami a gdańskimi hitlerowcami sięgało szczytu.
Dzisiaj Przywidz jest znaną miejscowością wypoczynkową nad Jeziorem Przywidzkim, popularną wśród mieszkańców Trójmiasta.
Czy Anglicy zechcą opanować polski rynek śledziowy?
Gdynia. Gospodarka śledziowa naszych zamorskich sąsiadów ogromnie żywo interesuje naszych czytelników gdyńskich, związanych z przemysłem rybnym i zagadnieniami połowów. Warto więc zaznaczyć, iż sprawozdanie angielskiej gospodarki śledziowej za ubiegły, ukończony niedawno sezon roczny wykazuje jej ciężkie położenie, szczególnie z powodu utraty dwóch dużych rynków zbytu, tj. Niemiec i Rosji Sowieckiej. Pomimo redukcji flotylli rybackiej, jest ona, jak również i jej załoga, za liczna na obecne potrzeby przemysłu śledziowego, który w tej chwili według obliczeń Izby Przemysłu Śledziowego może dać zatrudnienie zaledwie 380 lugrom parowym, tj. mniej niż połowie obecnego stanu flotylli.
Przedłożone ostatnio w parlamencie rządowe projekty „ustaw śledziowych” przewidują reorganizację „Izby Przemysłu Śledziowego” i podwyżkę subwencji na budowę nowoczesnych lugrów motorowych. Projekty te zostały przyjęte 16 czerwca w trzecim czytaniu, należy się zatem liczyć z tym, iż rząd brytyjski udzieli 250.000 funtów szterlingów subwencji na budowę nowych lugrów. Na cele propagandy konsumpcji śledzi w Wielkiej Brytanii ma być przeznaczona suma 25.000 funtów. Poza tym przewidziane jest podwyższenie gwarancji rządowej dla kredytu eksportowego. W roku zeszłym np. w obrotach z Polską gwarancja ta sięgała 60.000 funtów szterlingów.
kpbc.umk.pl/Content/189798/publikacja38157.pdf
Prawym Okiem: Podług słońca i gwiazd
Inny Szkwał:
Zbudowany w 1938 roku w Rambeck Werft dla Kriegsmarine. W 1945 roku przekazany Akademickiemu Klubowi Morskiemu w Gdańsku. W latach 50 i 60 był jednym z najszybszych jachtów pełnomorskich. W 1979 roku został kupiony przez obecnego właściciela, Zbigniewa Wernera.facebook.com/fundacjaszkwal.org#
fundacjaszkwal.pl/o-fundacji/










