Zakończony 2025 r. obfitował w liczne wydarzenia, spośród których za najważniejszy musimy uznać werdykt suwerena z 1 czerwca, dający Karolowi Nawrockiemu zwycięstwo w wyborach prezydenckich.
Marcin Palade
Byliśmy o krok od sytuacji, w której pełnia władzy przeszłaby w ręce centrolewicy. Start kampanii nie wskazywał, iż faworyt wyborów, czyli Rafał Trzaskowski, będzie musiał stoczyć ciężki bój o prezydenturę. PiS zwlekało ze wskazaniem kandydata. Doszło do rozłamu w Konfederacji, co wskazywało na rozproszenie głosów po prawej stronie, a także trudności związane z ich zebraniem przed drugą turą, by zablokować Rafałowi Trzaskowskiemu drogę do Dużego Pałacu.
Jak to jednak bywa z faworytem w sondażach i za sprawą ustawienia pod niego mediów liberalnych, przekonaliśmy się w 2015 r. Bronisław Komorowski miał wygrać już w pierwszej turze, a finalnie nie poradził sobie w drugiej z Andrzejem Dudą. Otwarte pozostawało pytanie, czy będziemy świadkami powtórki sprzed dziesięciu lat. Precyzyjniej: czy obóz liberalny wyciągnął wnioski z kolejnych porażek w 2015 i 2020 r. Po kilku tygodniach kampanii okazało się, iż nie za bardzo. Jak przystało bowiem na centrowych liberałów, których korzenie sięgają od Unii Demokratycznej, przez KLD, po Unię Wolności, których to środowisk Platforma Obywatelska jest kontynuatorką, w kampanii objawiło się ich przekonanie o niemal boskości, a z całą pewnością o ponadprzeciętnej mądrości i wyjątkowości. Czyli to wszystko, co określilibyśmy jako „młodzi, bogaci, europejscy, wykształceni, z wielkich miast”.
MIESZKANIE PREMIUM NA WŁOCHACH: 10 MIN OD CENTRUM
Był jeden, jedyny akceptowalny kandydat, wskazany przez samozwańcze elity, które, jak w przeszłości, dwoiły się i troiły, by uświadomić społeczeństwu jego rolę w procesie wyborów. Czyli: nie dyskutować, zaakceptować i zagłosować. Bo cała reszta nie ma kompetencji, by piastować najwyższy urząd w państwie. Mówili to nie tylko politycy, ale większość mediów, dyżurni i występujący w nich publicyści, politolodzy, socjolodzy. No i oczywiście ludzie kultury, show-biznesu, celebryci. Tylko Rafał. Ten, kto miał inne zdanie, ten bez wątpienia pochodził z gorszej Polski, był starszym, niewykształconym mieszkańcem wsi. Tyle tylko, iż od początku sporu między PiS a PO, czyli od dwudziestu lat, ta niby lepsza Polska zdołała tylko raz, w 2010 r., wygrać wybory prezydenckie. W 2005, 2015 i 2020 r. zwyciężali kandydaci, którym bliżej było do ludu niż do elit. Już to powinno spowodować zapalenie się lampki alarmowej w sztabie Rafała Trzaskowskiego. Powinno obudzić w nich myśl, iż tym razem trzeba inaczej, bliżej ludzi, bo Polacy na kandydata z „wyższych sfer” z reguły nie głosują. Wolą takiego, który będzie bardziej na obraz i podobieństwo suwerena.
Ostatecznie skończyło się tak, jak zwykle. Nieporadność kandydata KO, a jeszcze bardziej jego sztabu, porażała coraz bardziej. Na tym tle to, co na prawo od centrum, wyglądało o wiele bardziej profesjonalnie i akceptowalnie. Rosło poparcie dla Sławomira Mentzena, po spadku zaczął odrabiać straty Karol Nawrocki. Do gry wszedł Grzegorz Braun. Po drugiej stronie z zapowiedzi Szymona Hołowni, iż zostanie prezydentem, pozostał jedynie przedmiot powszechnej kpin. Kandydaci z lewej strony wzięli tyle, ile było możliwe. Bez progresu. Jeszcze przed pierwszą turą wyborów, po udanej wizycie Karola Nawrockiego w Białym Domu, obserwowaliśmy panikę w sztabie Rafała Trzaskowskiego. A jak pojawia się panika, myślenie jest wyłączone, działają przede wszystkim emocje. Przeprowadzono więc atak na Karola Nawrockiego w oddanych liberalnemu centrum mediach. Ale okazało się, iż trafiono jak kulą w płot. Nie dlatego, iż Karola Nawrockiego wielu uznało za idealnego kandydata, ale dlatego, iż sztab Rafała Trzaskowskiego i zbrojne ramię medialne w postaci TVN, Onetu czy „Gazety Wyborczej” przesadziło. Jeszcze ważniejsze jest jednak to, iż wielu Polaków postanowiło potraktować wybory jako referendum nad układem z Donaldem Tuskiem na czele. Zwłaszcza iż sam premier postanowił włączyć się w kampanię Trzaskowskiego. Zwłaszcza po pierwszej turze wyborów, która pokazała, iż prawa strona może liczyć w drugiej odsłonie na większość.
Było to wynikiem przesunięcia się w ciągu półtora roku nastrojów społecznych na prawo, zmęczenia Donaldem Tuskiem i jego ekipą. PiS odbudowało się po początkowym osłabieniu, ale, co najważniejsze, urosła prawica na prawo od PiS, czyli Konfederacja i Korona Brauna. Zwłaszcza rola Konfederacji i samego Sławomira Mentzena w wygranej Karola Nawrockiego była niemała. Dlaczego? Bo Konfederacja wzmocniła się głównie dużą częścią byłych wyborców PL2050 Szymona Hołowni, a szerzej Trzeciej Drogi. Pamiętajmy, iż w wyborach 2023 r. cała prawica wzięła 43–44 proc., a druga strona ponad 53 proc. Żeby myśleć o wygranej i niedopuszczeniu do przejęcia Polski przez Tuska, trzeba było część wyborców z jego strony przeciągnąć do siebie. I cała ta operacja zakończyła się dla prawej strony sukcesem. kooperacja między pierwszą a drugą turą w tym gronie nie była drogą usłaną różami, ale liczy się finał. A ten dał wygraną Karolowi Nawrockiemu. Znowu Polacy wybrali kandydata z ludu, a nie kandydata salonu i celebrytów.
Karol Nawrocki to największy wygrany kończącego się roku. Warto wskazać też lidera Konfederacji, który zakończył rywalizację w wyborach z 15-procentowym poparciem. Jego partia tego poparcia po wyborach nie oddała. Wygranym jest też oczywiście Grzegorz Braun, z dobrym 6-procentowym wynikiem w wyborach. Przede wszystkim jednak dlatego, iż zdołał wraz ze swoją formacją wspiąć się w końcówce roku w kierunku wyniku dwucyfrowego. Żeby zamknąć ocenę po prawej stronie, musimy też wskazać największego przegranego. Jest nim Jarosław Kaczyński, któremu wyraźnie posypała się partia. Zamiast zapowiadanej kilka miesięcy temu walki o 40 proc. mamy spadek PiS w sondażach poniżej 30 proc.
W centrum przegranym jest oczywiście Rafał Trzaskowski. Dwa starty po prezydenturę i dwie porażki. Dla Donalda Tuska z kolei, biorąc pod uwagę sytuację do połowy roku, wiele wskazywało, iż wpisanie premiera na listę przegranych w 2025 r. będzie bardzo prawdopodobne. Ale trzeba przyznać, iż to polityczne zwierzę, któremu wielu po wygranej Karola Nawrockiego przepowiadało spiętrzenie trudności, ze zrzuceniem z premierowskiego siodła włącznie. Tymczasem Donald Tusk ustał i choćby przeszedł do kontrofensywy. Dodajmy jednak od razu – to wyjście z dołka nie byłoby możliwe, gdyby nie prawica, która po wyborach pogrążyła się w wewnętrznych konfliktach, zajmując się sama sobą i dając tym samym oddech premierowi. Nie możemy też zapomnieć o byłym już marszałku Sejmu, Szymonie Hołowni. W wyborach wypadł blado, jego partia szoruje po sondażowym dnie, blok Trzeciej Drogi z PSL dokonał żywota. Słowem, Szymon Hołownia, jeszcze dwa lata temu obiekt ogromnych politycznych nadziei wielu, kończy swoją polityczną przygodę marnie.
Pozostaje nam jeszcze lewica, ale tu wskazanie wyraźnych wygranych i przegranych łatwe nie jest. I Magdalena Biejat, i Adrian Zandberg wzięli w wyborach swoje. Po wyborach Lewica i Razem utrzymują stabilne poparcie. Lewica ta współrządząca, podobnie jak wspomniane PL2050, a pewnie też PSL, to środowiska, które raczej nie zaryzykują samodzielnego startu w następnych wyborach. A Donald Tusk chętnie ich wszystkich wchłonie. Dlatego nastawmy się na to, iż 2026 r. będzie rokiem początku konsolidacji całej centrolewicy. A prawa strona? Tu procesy ostrej rywalizacji będą z pewnością kontynuowane. Bo przepływy są możliwe zarówno między PiS a Konfederacją, PiS a Koroną, a także Konfederacją a Koroną. Niewykluczone, iż wobec wyraźnego nieprzepadania za sobą Jarosława Kaczyńskiego, Sławomira Mentzena i Grzegorza Brauna rolę integratora pod kątem wyłonienia trwałej większości po wyborach 2027 r. będzie stopniowo zajmował prezydent Karol Nawrocki. Ma świeży mandat, jest bardzo popularnym politykiem, z sympatiami wyborców z drugiej tury, czyli nie tylko PiS, ale też Konfederacji i Korony. jeżeli to łagodzenie nastrojów po prawej stronie prezydentowi Nawrockiemu wyjdzie, to 2026 r. nie zapowiada się gorzej niż 2025 r. A ten, co podkreśliłem, był rokiem Karola Nawrockiego w polskiej polityce.










