O potrzebie opoki

liberte.pl 1 день назад

Przeobrażeniem prawicy w świecie Zachodu, którym trzeba się jednak koniecznie bliżej zająć, jest jej postępujący rozbrat z chrześcijaństwem, którego gwałtownym symptomem było niedawne werbalne starcie prezydenta USA Donalda Trumpa z papieżem Leonem XIV, a który niezwykle nieporadnie usiłuje zagadać wiceprezydent USA J.D. Vance w swojej świeżej książce o jego deklarowanym powrocie do wiary.

Znajdujemy się w okresie przełomowych zmian politycznych, także w odniesieniu do przestrzeni idei. Rosnąca potęga nurtu etno-nacjonalizmu, który z nieskrywaną Schadenfreude obwołał się także „post-liberalizmem”, jest tylko jednym, najbardziej czytelnym znakiem tych przemian. Spod gromkiej retoryki różnych środowisk skrajnej prawicy w poszczególnych krajach słabiej przebijają się natomiast inne zjawiska, zwłaszcza te dotyczące jej własnej natury. Przeobrażeniem prawicy w świecie Zachodu, którym trzeba się jednak koniecznie bliżej zająć, jest jej postępujący rozbrat z chrześcijaństwem, którego gwałtownym symptomem było niedawne werbalne starcie prezydenta USA Donalda Trumpa z papieżem Leonem XIV, a który niezwykle nieporadnie usiłuje zagadać wiceprezydent USA J.D. Vance w swojej świeżej książce o jego deklarowanym powrocie do wiary.

Prawica, niekoniecznie skrajna, zwykle miała swoisty „monopol” na utrzymywanie sojuszu z Bogiem i Kościołem (Kościołami) w bieżącej polityce i z czasami dość podejrzaną od strony miłości bliźniego lubością uprawiała oskarżanie centrum i zwłaszcza lewicy o bezbożność i demoralizację. Lewica, zwłaszcza jaskrawa, niezbyt się tym przejmowała i często tę narrację afirmowała, mając ateizm wpisany w swoje ideowe założenia i używając go ze swojej strony jako całkiem skuteczne narzędzie walki politycznej. W przypadku centrum, a ruchu liberalnego w szczególności, był to jednak problem bardziej złożony. Owszem – i jest tak również dzisiaj – wielu liberałów czuło się wyalienowanych ze świata wiary, zarówno przez jednoznaczny racjonalizm własnego systemu wartości, jak i przez ekskomunikujące ich zapędy konserwatystów. Francuski wzorzec ewolucji ruchu liberalnego w XIX w. jednoznacznie prowadził ku rozpowszechnieniu się ateizmu w jego szeregach, aczkolwiek w świecie niemieckim, niderlandzkim i angielskim było już inaczej i liberałowie albo (w pierwszym przypadku) zdobywali przyczółki w luteranizmie, albo (w przypadku drugim) poprzez konstrukcję podzielonego na tzw. filary społeczeństwa tworzyli „liberalne parafie”, albo wręcz (w przypadku ostatnim) stawali się motorem podziałów religijnych i porzucając „Kościół torysów” (anglikański) tworzyli sieci tzw. nonkonformistycznych wspólnot chrześcijańskich zorientowanych na pielęgnowanie wigowskiej wizji społeczeństwa.

Dzisiaj, a więc w dobie słabnącej religijności świata Zachodu, deklaracje ateizmu czy agnostycyzmu pośród liberałów są uważane za zjawisko naturalne, a łamy liberalnych pism są dość oczywistym miejscem na publikowanie krytyk wiary czy „poradników dla ateistów”. Ponieważ jednak liberalizm jest także naturalnym miejscem dla wszelkiej przekory, warto może pójść pod prąd i zbadać potencjał alternatywnego podejścia.

Godność człowieka i wolność jednostki

„Godność ludzka jest nietykalna” to brzmienie pierwszego, czyli najważniejszego artykułu konstytucji RFN, napisanej – jak wiadomo – na bazie konsensusu chrześcijańskich demokratów, liberałów i socjaldemokratów zaledwie kilka lat po niewyobrażalnej moralnej katastrofie, którą naród niemiecki sprowadził sam na siebie. Umieszczenie tego zdania w tym miejscu było jednym z pierwszych wniosków wywiedzionych z tej katastrofy, ale także idealnym wyrazem wspólnej podstawy dla tych trzech nurtów ideowych. Dla socjalistów zdanie to jest oczywiście wyrazem dbałości o położenie materialne człowieka i także w tym kontekście jest ono niebagatelne, ale ten aspekt nie będzie tym razem naszym tematem. Artykuł 1 jest tutaj interesujący jako sprowadzenie do czterech słów wspólnej podstawy aksjologicznej chrześcijaństwa i liberalizmu. To odnalezienie wspólnego korzenia, punktu wyjścia dla budowy obu systemów wartości, w których dobrem najważniejszym jest pojedynczy człowiek.

W dyskusjach nad regulacją rynku książki, handlem w niedzielę, wysokością podatków czy polityką migracyjną umyka – choćby samym liberałom – podstawowe pytanie. Co jest – ultymatywnie – celem liberalizmu? Jaka jest jego natura? W efekcie jest on postrzegany, stosowany i traktowany niczym technokratyczny manual działań zarządczych, zorientowany na założone wyniki (targety) wyrażone w liczbach, wykresach i tabelach. Tymczasem to poziom czysto operacyjny. W swojej istocie liberalizm jest zaś misją – w czystym tego słowa znaczeniu – moralną, której celem fundamentalnym jest stopniowe usuwanie zjawiska okrucieństwa z relacji między ludźmi. W ujęciu liberalizmu jednostka ludzka jest wartością najwyższą i niepodważalną w żadnych okolicznościach, dlatego wszelki wysiłek polityczny winien być zorientowany na jej wolność, a więc na uzyskanie możliwości życia bez doświadczania jakiegokolwiek okrucieństwa. Między tym celem a przykazaniem miłości bliźniego nie ma żadnej różnicy w sensie filozoficznym. To jest jedna i ta sama zasada. W istocie, liberalizm uzasadnia miłość bliźniego bez przywoływania Boga jako stwórcy człowieka i staje się tak oto ogniwem „dystrybucji” moralności chrześcijańskiej w jej najbardziej szlachetnej formie wśród agnostyków i innowierców. Staje się katechizmem alternatywnym, dzięki którego te same wartości człowieczeństwa stają się dostępne bez „obowiązku” uznawania istnienia Boga osobowego. Dodatkowo liberalizm walczy z grzechem wobec bliźniego metodami laickimi. W jego słowniku grzech nazwany został „ograniczeniem wolności drugiego człowieka”, a sankcje mają charakter prawny zamiast eschatologicznych.

Pomimo tego liberalizm i chrześcijaństwo nie stały się naturalnymi sojusznikami, nastąpiło rozejście się ich dróg w punkcie sporu o władzę oraz o obecność Kościołów w procesie jej bezpośredniego sprawowania. Konserwatyzm, przede wszystkim radykalny, przedstawił ofertę lepszą z punktu widzenia dostojników Kościołów (niekoniecznie lepszą jednak z punktu widzenia głoszenia Dobrej Nowiny). Była to oferta udziału we fruktach władzy oraz łechtanie wpływami w zamian za sprzeniewierzanie się esencji chrześcijaństwa w postaci wspierania np. nacjonalizmu i zrodzonych zeń wojen. Widząc ten stan rzeczy, liberalizm stał się antyklerykalny w znaczeniu głoszenia postulatu rozdziału Kościoła od państwa. Liberalny antyklerykalizm zrodził się z obaw o wygenerowanie religijnych przymusów na poziomie szczegółów doktryny wiary, o ustanowienie Kościołów państwowych i „oficjalnych”, powodujące dyskryminację innych wyznań oraz ateistów w życiu społecznym, o pojawienie się sankcji za nieprzestrzeganie przykazań kościelnych i za dokonywanie wolnych wyborów przez ludzi odnośnie do ich indywidualnej drogi życiowej, o wtargnięcie państwa dzięki duchownych w prywatne i intymne życie obywateli. W końcu liberałowie zauważyli, iż religia upolityczniona przyczynia się do okrucieństwa, zamiast mu zapobiegać. A taka religia przestaje być pożądanym sojusznikiem liberalizmu i przechodzi na tę drugą stronę. Wiele lat podtrzymywania sojuszu ołtarza z prawicą, przymykania oka na zbrodnie, a choćby współudziału ludzi Kościołów w wojennym podżeganiu, sprowadziło większość liberałów na drogę co najmniej izolacji od Kościołów, a najczęściej na drogę niewiary. Trudno się temu dziwić.

Czy zatem to nie chrześcijaństwo, a ateizm jest naturalną domeną liberalizmu? W końcu racjonalizm i naukowe poznanie są bezsprzecznie ważnymi uczestnikami palety wartości liberalnych, a dowodów na istnienie świata nadprzyrodzonego nie ma i nic nie wskazuje na to, aby miały się kiedyś pojawić. Aby odpowiedzieć na pytanie o relacje liberalizmu z ateizmem, trzeba przyjrzeć się bliżej temu drugiemu. Już bardzo pobieżna analiza pokazuje przede wszystkim, iż ateiści wierzą, w tym sensie, iż mają silne przekonania o moralności oraz o kształcie świata i miejscu człowieka w nim, a niektóre z nich mogą wynikać wyłącznie z wewnętrznej woli wiary w nie, jako iż nie sposób ich udowodnić naukowo. Drugi wniosek natomiast jest taki, iż w rzeczywistości istnieją dwa ateizmy, bardziej od siebie różne niż którykolwiek z nich różni się od teizmu (a już na pewno od deizmu). Można je określić jako naukowy materializm i romantyczny idealizm.

Podmywanie fundamentu

Naukowy materializm jest radykalnym empiryzmem, więc głosi, iż świat materialny to całość istnienia, ludzie mogą świat ten poznawać dzięki zmysłów, dane w ten sposób zebrane mogą – dzięki metodzie naukowej – zostać przetworzone w ogólne zasady. Te zaś, poddane weryfikacji, testom i korektom, udoskonalą naszą wiedzę oraz stopniowo umożliwią przewidywanie przyszłych wydarzeń, procesów i zjawisk. Akumulacja wiedzy czyni człowieka w coraz większym stopniu „panem” całości istnienia i pozwala mu konsumować owoce postępu.

Problem naukowego materializmu jest jednak taki, iż jego własna wewnętrzna konstrukcja logiczna uniemożliwia uzyskanie dla jego założeń dowodów, które byłyby w stanie sprostać jego własnym, wyśrubowanym normom weryfikacji. Jego zwolennicy uznali po prostu, iż jest to światopogląd prawdziwy w sposób oczywisty i nie sposób mu racjonalnie zaprzeczyć. Niemniej jednak ogólna zasada, iż prawdziwa wiedza o świecie materialnym pochodzi z postrzegania sensorycznego nie może być nijak uzyskana i potwierdzona dzięki takiego postrzegania, zatem nie uzyskuje naukowej sankcji. To zidentyfikowany już przez Davida Hume’a problem indukcji: prawomocność wyprowadzania zasad ogólnych z pojedynczych aktów doświadczenia czy postrzegania nie może zostać ustanowiona bez już uprzedniego założenia istnienia danej zasady ogólnej. To dlatego John Locke twierdził, iż nauki przyrodnicze powinny częściowo wspierać się o wiarę metafizyczną. Sam Hume to odrzucił, jako zdecydowany ateista, ale zidentyfikowawszy lukę w systemie naukowego materializmu, nie zaproponował nic w zamian, tylko uznał, iż żadne fundamenty nie są potrzebne, bo metoda „po prostu działa”. Jego następcy postanowili więc przejść nad problemem do porządku dziennego i nie robić wokół niego hałasu.

Tymczasem radykalny empiryzm niesie dla liberalnego programu społecznego dwa wyzwania. Pierwszym jest problem z ugruntowaniem liberalnej aksjologii, w istocie: następuje wręcz erozja uzasadnienia dla fundamentalnych założeń liberalizmu o jednostce ludzkiej. Okazuje się bowiem, iż przerost racjonalizmu i empiryzmu, który nie jest „kontrolowany” przez czynnik teistyczny, ujawnia antyliberalne oblicze. Ograniczenie wolności jednostki w celu ochrony wolności drugiego człowieka stanowi bowiem „przykazanie” wyłącznie moralne, a nie racjonalne. Owszem, za koncepcją umowy społecznej kryje się pierwiastek racjonalny, czyli rezygnacja z okrucieństwa wobec innych, aby samemu być przed nim zabezpieczonym. Jednak jakie racjonalne przesłanki dyktują jednostce, która jest już świadoma swojej przeważającej potęgi, aby przez cały czas pozostawała przy tym ograniczeniu? Po co powstrzymywać się przed podbojem, zdobyczami i rozrostem władzy, które są na wyciągnięcie ręki?

Poza tym materialistyczne oparcie wiedzy o świecie na percepcji wyłącznie empirycznej neguje liberalne założenie o równości istot ludzkich. Gdy spojrzymy na ludzi, posłuchamy ich, dotkniemy ich, gwałtownie stwierdzimy, iż nie są sobie równi. Ktoś jest blondynem, a ktoś inny brunetem i to można wartościować. Ktoś ma inny kolor skóry, kogoś języka nie rozumiemy, kogoś styl życia nas niepokoi, ktoś jest niepełnosprawny, ktoś jest stary, ktoś pozostało dzieckiem, itd. Powodów do wyłonienia „nad- i podludzi” materializm i empiryzm dostarczają nam bardzo dużo. Dlaczego więc powstrzymywać naturalne procesy eliminacji słabszych według tej czy innej formuły darwinizmu społecznego? Dlaczego nie pójść ścieżką racjonalnego utylitaryzmu i nie pozbawić połowy ludzi praw i zasobów? Ostatecznie: dlaczego nie sięgnąć po Endlösung? Otóż to zupełnie nieracjonalny nakaz moralny, zasada narzucona a priori i nieposiadająca empirycznego uzasadnienia, ale stanowiąca chrześcijańską opokę liberalizmu przezwycięża narrację naukowego materializmu i domaga się nietykalności godności każdego jednego człowieka, wykluczając wręcz możliwość dyskusji na ten jeden temat.

Drugi problem rzucony liberalizmowi pod nogi przez ten wariant ateizmu wiąże się z wykluczeniem przezeń poza istnienie wszelkich niematerialnych zjawisk, w tym więc także ludzkiego doświadczenia i świadomości. Skoro ludzkie życie wewnętrzne jest zmysłową ułudą, to liberalne żądanie indywidualizmu jest bez sensu. Ludzka indywidualność jest oparta zasadniczo na samoświadomości, na podejmowaniu wolnych wyborów i decyzji, poprzedzonych wcześniejszym „deliberowaniem samemu ze sobą”, na tożsamości, osobowości i doświadczeniu. jeżeli to wszystko jest zmyślone, a ludzie różnią się tylko zasobem wiedzy oraz liczbą i charakterem doświadczeń, to są idealnie plastyczni i nie ma sensu przestrzegać przed kolektywizmem.

Odrzucenie obiektywizmu wartości

Drugi wariant ateizmu, romantyczny idealizm, jest w zasadzie zaprzeczeniem pierwszego, przynajmniej jeżeli chodzi o poznanie. Tutaj słyszymy, iż ludzkie życie wewnętrzne jest właśnie realnie istniejące i – co więcej – jest jedynym obszarem, do którego nasze poznanie ma faktyczny dostęp. W wydaniu najbardziej radykalnym ten ateizm twierdzi, iż wola i świadomość człowieka są w stanie stwarzać światy, czyli niejako wymuszać, aby subiektywne postrzegania rzeczywistości stawały się „ciałem”. Bóg nie może więc istnieć, bo każdy z nas jest dla siebie „stwórcą”. Religijna wiara to odziedziczone szablony rozwiązywania dylematów egzystencjonalnych, które musimy odrzucić, aby rozwiązania ich ustanowić samodzielnie, dla siebie, na nowo. Odwrotnie niż materializm, idealizm jest irracjonalny, oparty o emocjonalność, antyoświeceniowy i już wprost antyliberalny.

Tutaj prawdą o świecie jest to, co jest prawdą dla człowieka subiektywnie. To oczywiście oznacza odrzucenie wszelkich zasad i otwarte wrota ku dowolnej krzywdzie, okrucieństwie i zbrodni. Oczywistym jest, iż romantyczny idealizm nie ma żadnych fundamentów, które dawałyby się udowodnić, ale też i do tego nijak nie dąży. Jego radykalny relatywizm legitymizuje oczywiście totalitaryzmy, a faszyzm może zaliczać go do swoich kluczowych źródeł ideowych.

Romantyczny idealizm, nawołując do życia opartego o całkowicie subiektywną wizję rzeczywistości i negację społecznych wartości, generuje co do zasady potencjalnych socjopatów, zakotwiczonych w wyssanej z palca quasi-rzeczywistości, automatycznie negujących równość praw innych ludzi. Absolutyzuje wolność prawdopodobnego krzywdziciela kosztem wolności prawdopodobnej ofiary, a przy zetknięciu się dwóch krzywdzicieli prowadzi do konfliktu. Romantyzuje ponadto cierpienie w życiu, a potępia dążenie do szczęścia, czyniąc nie tylko liberalny, ale wszelki program polityczno-społeczny w zasadzie zbędnym.

Gdzie jest Bóg?

Powyższe spojrzenie na dwoisty ateizm prowadzi do wniosku, iż nie sposób znaleźć w nim oparcia dla przekonania o istnieniu zarówno zewnętrznego świata materialnego, jak i wewnętrznego świata myśli i idei. Nie sposób dokonać syntezy obiektywnego z subiektywnym, nie sposób albo uzyskać samoświadomości istnienia indywidualnego, albo przezwyciężyć totalnego egoizmu i negowania drugiego człowieka. Tych idei nie można pogodzić z liberalną wizją człowieka i społeczeństwa. W ujęciu liberalnym istnieją oba światy i wchodzą ze sobą w relacje. Co więcej, dla indywidualnego szczęścia oraz dla pomyślności ludzkich wspólnot to właśnie ów styk obu światów okazuje się kluczowy. Skoro zaś na tym styku ateizm nie potrafi operować, to oznacza, iż właśnie tam – pomiędzy własnym Ja a innymi ludźmi – w relacji międzyludzkiej opartej o „godność człowieka jest nietykalna”, znajduje się Bóg.

Wielu liberałów zadrży w tym punkcie. Przecież nic się nie zmieniło. Bóg, religia i Kościół przez cały czas pozostają pałką w rękach skrajnej prawicy, ksenofobów, faszystów, szowinistów i agentów nietolerancji, którzy paroles o „wierze” i „tradycyjnych wartościach” nieustannie biorą w usta i odmieniają przez wszystkie przypadki, tryby i strony. „Chrześcijański nacjonalizm” to pojęcie zrodzone w ostatnich latach i prąd przybierający na sile.

Ale czy aby na pewno? Ilu liderów tego ruchu to ludzie osobistej wiary w Boga? Może Trump? Albo Weidel? Czyżby Le Pen? Wilders? Nie żartujmy. To agnostycy, poganie, pozerzy, niepraktykujący, bluźniercy i wręcz heretycy. W ich świecie chrześcijaństwo umarło i są oni dzisiaj jego adwersarzami. To ateiści spod znaku romantycznego idealizmu! Leon XIV to dostrzegł, dostrzeże to każdy, kto bliżej przyjrzy się retoryce, wartościom, postawom i moralności życia osobistego tych ludzi. Współczesna skrajna prawica nie wychodzi z łona chrześcijaństwa. Jest ona produktem laicyzacji społeczeństw Zachodu, które dosięgło także tą część polityczno-społecznego spektrum. Wręcz okazuje się dziś, iż skrajna prawica wyzuta z wiary religijnej jest bardziej bezwzględna, okrutna i odstręczająca.

Kościół katolicki – jeszcze nie w Polsce, nasz kraj tradycyjnie będzie ariergardą – zidentyfikował problem przejścia prawicy na pozycje ateistyczne. Być może przygotowuje się do zmiany swojej postawy i będzie poszukiwał sojuszy w centrum, na pewno wśród chadeków, ale niewykluczone, iż także wśród liberałów. Wiele dawnych konfliktów blednie na tle potencjalnego świata, jaki może przyjść wraz z całkowitym zwycięstwem etno-nacjonalistów w państwach Zachodu.

W moralnej wizji i misji liberalizmu tkwi pierwiastek metafizyczny. Dla Locke’a ugruntowanie liberalizmu w wierze w Boga było oczywiste – prawo oporu wobec rządu narzucającego jedną religię wywodził on z faktu posiadania przez ludzi nieśmiertelnych dusz potrzebujących zbawienia, postulat tolerancji religijnej i wolności wyznania wywodził właśnie z niemożności uzyskania przez człowieka pewności co do natury świata metafizycznego. Wiara musiała pozostać dla niego wyborem osobistego sumienia, wobec czego rząd oparty na umowie społecznej musiał szanować indywidualne wolności. To wewnętrzne życie człowieka, a nie świat materialny, stanowiło pierwotny argument za wolnością jednostki w państwie liberalnym.

Bez Boga trudno zbudować przekonujący liberalizm. To nie oznacza, iż każdy liberał winien się teraz nawracać. Samodzielne rozumowanie filozoficzne i moralne zawsze pozostanie osią liberalnej wizji człowieka, wobec czego część ludzi dobije do brzegów ateizmu, a część do brzegów wiary. Wiary religijne są różne, podobnie jak ateizmy. Zróżnicowanie ludzi pod względem ich poglądów jest znakiem firmowym liberalnego społeczeństwa, gdzie nie ma przymusu czy ryczałtowych rozwiązań. Zresztą Bóg nie musi przecież być przyjęty w formie przekazanej potomnym przez święte księgi. Istnieje cała paleta możliwych poglądów teistycznych na naturę nadprzyrodzonego pierwiastka, włącznie z uznaniem wszechświata za Boga (panteizm), a fizyki za faktyczną teologię (a powstania teologii, takiej jaka jest, za produkt uboczny zbyt powolnego rozpoznawania przez ludzkość prawideł zaawansowanej fizyki).

Hume, a po nim Jeremy Bentham, przekonali wiele pokoleń liberałów, iż wszelkie odwołania do teizmu są nonsensem, a choćby iż nonsensem są prawa naturalne człowieka, dla obrony których liberalizm się przecież zrodził. Wielu liberałów usiłowało przeto bronić podstawowych wartości i godności jednostki ludzkiej, stroniąc od ram aksjologicznych, w których wartości te nabierają dopiero pełnego sensu. Uznano, iż liberalizm bez opoki „da radę”, jak radę daje w sumie naukowy materializm, pomimo kluczowej luki logicznej. I liberalizm długo dawał radę, jego dorobek jako idei pozwalającej bardzo różnym ludziom współistnieć i cieszyć się życiem w wolności i dobrobycie nie ma sobie równych w dziejach filozofii człowieczej. Dzisiaj jednak widać, iż stał się przede wszystkim metodą zarządzania, a w uwiąd pozwolił popaść swojej pierwotnej koncepcji dobra.

Usunięcie wszelkich metafizycznych, duchowych i teistycznych pierwiastków z narracji i kultury liberalizmu okazało się błędem, za który w tej chwili przychodzi rachunek. Podmyte fundamenty uzasadnienia moralnego dla liberalizmu grożą zawaleniem konstrukcji. Gdy prawica decyduje się na dezercję na pola pogaństwa, liberalizm może i powinien – śladami Johna Locke’a – powrócić do Boga.

Читать всю статью