Obchody stulecia

liberte.pl 4 дни назад

Gdy Donald Trump robi wszystko, oprócz powiedzenia już zupełnie wprost, iż armia USA nie będzie bronić Europy w przypadku napaści konwencjonalnej, państwa Starego Kontynentu dość pośpiesznie, ale uporządkowanie i z rozmysłem zmieniają wektory polityki obronnej i orientują się na współpracę sojuszniczą we własnym gronie i własnymi siłami. Polska, przynajmniej dopóki rządzi nią koalicja demokratów, wiedzie w tych działaniach prym, zawierając dwustronne układy wojskowe z Francją i Wielką Brytanią, zawierając umowę o pogłębieniu współpracy wojskowej z Niemcami, kupując szwedzkie łodzie podwodne oraz koordynując już dość zaawansowaną współpracę wszystkich państw basenu Morza Bałtyckiego. Holenderskie i włoskie myśliwce patrolują nasze niebo, niemieckie wyrzutnie rakietowe stacjonują na wschodniej ścianie. Choć świadomość niedorastania przez wszystkie te projekty do pięt wojskowym możliwościom Ameryki jest wszechobecna, to jednak zaczynają się pojawiać pewne oznaki optymizmu co do możliwości zjednoczonej Europy w potencjalnej konfrontacji z wiadomym wrogiem na wschodzie. Problem w tym, iż od strony politycznej nasuwa się pytanie, czy nie opieramy się na niestety potencjalnie lotnych piaskach.

Sto lat po Mussolinim, w 2022 r. władzę we Włoszech przejęła koalicja Giorgii Meloni, zadeklarowanej neofaszystki, która oparła się na większości zbudowanej niemal w całości z partii skrajnej prawicy. Jej Bracia Włoscy wypłynęli na szczyty sondaży na ogólnoeuropejskiej fali eksplozji popularności dla ekstremistycznych ruchów i przejęcie przez nią premierostwa w Rzymie wiązało się z powszechnymi obawami. Te obawy okazały się, jak dotąd, w znaczniej mierze niezasadne. Meloni, owszem, nie rządzi zupełnie jak polityk z liberalno-demokratycznego mainstreamu, włoska opinia publiczna żyje pewnymi obawami o stan rządów prawa czy wolność mediów, ale są to zjawiska znane w tym kraju z długiej epoki rządów Silvia Berlusconiego, który po podobny populizm sięgał nieustannie, pomimo formalnego wywodzenia się z centroprawicowej partii establishmentu. Na forum międzynarodowym Meloni okazała się umiarkowaną liderką, która bynajmniej nie rozsadza unijnego konsensusu w sposób znany z praktyki rządów Fideszu, PiS czy choćby słowackiego Smeru. Dodatkowo, w kluczowych kwestiach bezpieczeństwa kontynentu, Meloni ujawniła czytelnie antyrosyjskie oblicze, co pozwala uznać Włochy rządzone przez skrajną prawicę za godnego zaufania partnera. Czy to wszystko jednak nie usypia naszej czujności w odniesieniu do bliskiej przyszłości politycznej innych dużych państw Europy?

Trzema kluczowymi filarami Europy, czy to pod kątem potencjału militarnego, czy gospodarczego i finansowego, czy też politycznego są Francja, Wielka Brytania oraz Niemcy. Gdy stulecie owianej najgorszą sławą dekady lat 30-tych XX w. zbliża się wielkimi krokami, trzeba jasno postawić sobie przed oczami ponurą możliwość, iż w ciągu najdalej 7 lat te państwa przejdą pod władzę skrajnej prawicy. Wątpliwe, aby wszyscy jej tamtejsi liderzy okazali się kolejnymi Giorgiami Meloni.

Już wiosną 2027 r. Francja wybierze nowego prezydenta i parlament. Wszystkie spośród świeżych sondaży prezydenckich pokazują, iż po wielu dekadach spełni się marzenie starego Le Pena i jego zakotwiczony w „tradycji” Vichy ruch szowinistyczny, który w ramach rebrandingu (jak to ujęła jego córka Marine, „dediabolizacji”) zmienił nazwę z militarystycznego Frontu Narodowego na kojarzone ze wspólnotowością Zjednoczenie Narodowe (RN), zdobędzie Pałac Elizejski. Dokona tego zastępca pozbawionej biernego prawa wyborczego za przekręty Marine, Jordan Bardella. Jego poparcie sięga 35-37% w I turze, a do drugiej wchodzi ze znaczną przewagą nad kandydatem liberalnego centrum obecnego prezydenta Emmanuela Macrona, najprawdopodobniej Edouardem Philippem (poparcie do 20%). Tym razem zjednoczenie wyborców pokonanych kandydatów nie wystarcza w II turze, zwłaszcza iż trzecią siłą jest skrajna lewica, równie wroga centrum, co Bardelli. Lider RN wygrywa w sondażach z ok. 55% w II turze i zostaje prezydentem. Sondaże parlamentarne są we Francji rzadsze i mniej precyzyjne, ale i tutaj skrajna prawica sięga po 35% i kilka jej brakuje do samodzielnej większości w systemie wyborów większościowych z dwoma turami.

Bardella nie chce Frexitu, co przez wiele dekad było podstawowym postulatem Le Penów. Chce pozostać wewnątrz UE i „zmieniać ją od środka” nie tylko w kierunku odtransferowania wielu kompetencji na poziom państw narodowych, ale faktycznego zlikwidowania kilku jej polityk. To także zwolennik spiskowej teorii o tzw. wielkiej wymianie ludności, który nie tylko będzie surowo zwalczać migrantów, ale planuje także pozbawić obywateli UE spoza Francji równego dostępu do szeregu polityk socjalnych, co będzie wyzwaniem dla TSUE. Co prawda, inaczej niż zadłużona w rosyjskim banku poprzedniczka, Bardella wyraźnie deklaruje poparcie dla Ukrainy i nie szczędzi krytyki Putinowi, to jednak wyklucza udział francuskich żołnierzy w potencjalnej misji pokojowej w Ukrainie po wojnie oraz domaga się „narodowego” podejścia do polityki obronnej, co zapowiada podobną postawę wobec NATO, jaką szermuje Trump i stawia pod znakiem zapytania realność gwarancji francuskich dla m.in. Polski pod jego rządami. To ostatnie jest zaś dla nas kwestią kluczową. Zresztą antyrosyjskie wypowiedzi Bardelli niekoniecznie są czymś więcej niż tylko retoryką, w szeregach jego partii w dalszym ciągu roi się od rusofilów pierwszego sortu i to ci ludzie będą najpewniej obejmować ministerialne stanowiska w Paryżu za niecały rok.

W Londynie, pomimo kolosalnej większości, rządy Partii Pracy są w stanie krytycznym. Ostatnią szansą lewicy i – szerzej – liberalno-demokratycznego mainstreamu jest perspektywa objęcia premierostwa przez nowego lidera Andy’ego Burnhama, którego atutem jest znaczna popularność osobista (ale Keir Starmer też się nią cieszył niecałe dwa lata temu). Starmer oddaje Burnhamowi kraj w takim stanie, w jakim go przejął z rąk kalejdoskopowo rotujących premierami torysów, którzy doprowadzili dumny onegdaj Albion na skraj klęski Brexitem. Od strony migracji wyjście z UE nic nie zmieniło, zaś od strony polityki gospodarczej i socjalnej od 10 lat widać wyłącznie spiralę w dół. Już wyraźna większość Brytyjczyków uznaje secesję z Unii za historyczny błąd i jest gotowa poprzez powrót do Wspólnoty. Jednak – jest to przejaw niepodrabialnego angielskiego poczucia humoru – równocześnie wydaje się gotowa oddać stery w Westminsterze głównemu autorowi Brexitu, Nigelowi Farage’owi, który w tej chwili kieruje partią Reform UK.

Jeśli Burnham nie znajdzie w niecałe (najwyżej) trzy lata sposobu na zmianę minorowych nastrojów społecznych, nie pobudzi wzrostu gospodarczego i nie poprawi realiów kosztów życia, to obecny trend doprowadzi Farage’a niechybnie na Downing Street 10 wiosną 2029. Już teraz Reform UK jest wyraźnie najsilniejszą partią w kraju, osiągając w sondażach poparcie rzędu 25-29% i dystansując rozdrobnioną konkurencję w postaci Parti Pracy, torysów, Zielonych i Liberalnych Demokratów. Niestety w systemie większościowych wyborów opartych na jednej turze, gdzie pierwszy na mecie bierze mandat niezależnie od wielkości poparcia, choćby niecałe 30% głosów może wystarczyć do większości, gdy elektorat demokratów dzieli się na cztery partie (a w Szkocji i Walii choćby na pięć ze względu na obecność partii narodowych). Rzeczywiście, choć większość symulacji podziału mandatów wskazuje na parlament bez większości jednej partii, to jednak niektóre dają Reform UK już teraz samodzielną dominację. Co będzie, jeżeli Burnham poniesie klęskę, łatwo przewidzieć. Ponadto nie sposób wykluczyć, iż koalicję z Faragem skłonni byliby zawrzeć torysi…

Farage planuje nie tylko (to standard) zamknięcie granic dla migracji i deportację jak największej liczby już zamieszkałych w UK migrantów (np. usuwając ich z mieszkań komunalnych i dając kwartał na znalezienie lokum na rynku prywatnym pod rygorem usunięcia z kraju). Londyn jest poza UE, więc tego rodzaju restrykcje mogą dotknąć także Polaków, a ponadto przyblokowane mają zostać wizyty w tym kraju poprzez utrudnienie uzyskiwania wiz (za to Ziemkiewicz, Tarczyński i Mentzen najpewniej będą mogli swobodnie do Anglii jeździć). Farage planuje w zasadzie skasować całą politykę klimatyczną oraz podtrzymać wszelkie postanowienia Brexitu w wersji hard. Jak Bardella, także on werbalnie opowiada się po stronie Ukrainy i uznał łaskawie winę Putina za obecną wojnę, ale mimo to dostrzega odpowiedzialność Zachodu za „sprowokowanie” Rosji do ataku poprzez rozszerzenia NATO na wschód (a więc i o Polskę), chce naciskać na Kijów, aby zawarł jak najszybciej jakieś porozumienie pokojowe oraz wyklucza udział armii brytyjskiej w misji po wojnie. Można wielce wątpić, czy rząd skrajnej prawicy brytyjskiej byłby równie zaangażowany w sprawy bezpieczeństwa wschodniej flanki NATO, jak rządy zarówno Borisa Johnsona, jak i Keira Starmera/Andy’ego Burnhama.

Podczas gdy RN i Reform UK wydają się mieć otwartą drogą do władzy w swoich krajach i są zdecydowanymi faworytami najbliższych wyborów, niemiecka Alternatywa dla Niemiec (AfD) ma przed sobą drogę jeszcze dość kamienistą. Co prawda kilka wskazuje na to, aby ktoś mógł zapobiec przejęciu przez nią władzy w landzie Saksonia-Anhalt we wrześniu tego roku (a szanse na to ma także chwilę potem w Meklemburgii-Pomorzu Przednim), to jednak jej aktualne 28-29% poparcia i pozycja najsilniejszej partii w Niemczech to w proporcjonalnej (formalnie mieszanej) ordynacji wyborczej za mało, aby myśleć o przejęciu władzy. Na razie. Trend bowiem jest dla AfD korzystny i niedawno jej poparcie wynosiło raczej 22-23%, podczas gdy chadecy notowali wyniki podobne lub nieco wyższe. Dzisiaj partia kanclerza Friedricha Merza upadła do 20-21% i już nie może konkurować o palmę pierwszeństwa. Dalej: choć AfD w landach byłej NRD już od kilku lat dominuje (nawet 40% poparcia), tak w landach dawnych Niemiec Zachodnich stała się pierwszą partią dopiero niedawno. Postęp ugrupowania Alice Weidel jednak jest oczywisty i trend ten ma szansę się utrzymać do wyborów do Bundestagu na początku 2029 r., jako iż oceny chadecko-socjaldemokratycznego gabinetu Merza są katastrofalne (najgorsze w historii badań) i nie bardzo wiadomo, jak bolesne reformy, które planuje, miałyby coś zmienić w ciągu dwóch i pół roku.

AfD to przede wszystkim postulat pobudzenia gospodarki poprzez powrót do importu taniej energii z Rosji. Ta partia nie sili się specjalnie na symulowanie krytycznej wobec Rosji retoryki, poza ogólnym graniem populizmem pacyfistycznym, a więc krytyką wojny. Weidel domaga się jednak zatrzymania „wydłużającego wojnę” wsparcia militarnego dla Ukrainy, wymuszenia na niej negocjacji pokojowych oraz zniesienia sankcji wobec Rosji. Politycy AfD często wyrażają… podziw dla Polski. Dzieje się to za każdym razem, gdy Polska twardo zamyka granice przed uchodźcami, stosuje narodową retorykę i bezkompromisowo walczy o narodowe interesy. To polityka, którą Alternatywa chce kopiować w Niemczech, co dla Polski jednak nie będzie już tak przyjemne. Odebranie UE szeregu kompetencji i jej wyglądająca na demontaż reforma to kolejne postulaty, w przypadku niepowodzenia których AfD nie wyklucza wyjścia ze strefy euro, a choćby Dexitu. W oczywisty sposób nie można liczyć na to, iż mając alternatywę w postaci bliskich relacji z Moskwą, rząd AfD postawiłby na Polskę.

W 2029 r. AfD nie uzyska samodzielnej większości, a nikt – choćby chadecy – nie dopuszczają na dzień dzisiejszy koalicji z nią. Możliwe, iż powstanie bardzo karkołomna koalicja chadeków, socjaldemokratów i Zielonych – to według dzisiejszych badań jedyny wariant, który miałby większość w Bundestagu. Jednak wszystkie trzy partie tego układu byłyby świadome, iż to recepta na dalszy wzrost AfD i dalsze spadki własne. Dlatego nie do końca można wykluczyć, czy sukcesor Merza na czele CDU nie zrobi kroku w kierunku AfD. A jeżeli nie, to AfD pozostanie na ścieżce do przejęcia władzy w kolejnych wyborach. Te zaś przypadną na rok 2033. Nie trzeba przypominać, jakiego wydarzenia będzie wtedy miało miejsce stulecie (nawet miesiąc się będzie prawie zgadzał).

Oczywiście, w Polsce sytuacja nie wygląda lepiej, a raczej gorzej. Idziemy w kierunku przejęcia jesienią 2027 władzy przez rząd PiS i dwóch Konfederacji. Być może więc wcale nie czeka nas pogorszenie relacji z Francją, Wielką Brytanią i Niemcami. Może czeka na tych relacji poprawa, gdy we wszystkich czterech krajach u sterów zasiądą ludzie z tej samej „rodziny ideowej”? Może to oni ożywią współpracę europejską? Inna sprawa, jakie projekty postanowią wspólnie zrealizować…

Читать всю статью