Faworyt francuskich wyborów prezydenckich przyjechał do Warszawy szukać sojusznika dla Europy, która się cofa. Nazwał nas motorem kontynentu. Pytanie brzmi, dokąd ten motor ma jechać, i czy to my, a nie on, powinniśmy decydować o kierunku.
Dnia 18 czerwca 2026 roku Jordan Bardella stanął na granicy polsko-białoruskiej. Dzień wcześniej spotkał się w Warszawie z politykami polskiej prawicy. Lider francuskich sondaży prezydenckich, od miesięcy prowadzący z przewagą kilkunastu punktów i pozostający najpewniejszym kandydatem do drugiej tury wyborów wiosną 2027 roku, wypowiadał się o Polsce jako motorze dzisiejszej Europy i jednym z najbardziej dynamicznych państw kontynentu. Brzmi jak komplement. Trzeba tylko zapytać, do czego dokładnie Bardella chce ten motor zaprzęgnąć.
To nie jest peryferyjna postać francuskiej polityki, którą można zlekceważyć jako ciekawostkę przedwyborczą. Bardella może rządzić drugą co do wielkości gospodarką Unii Europejskiej. A jego wizja Europy jest jasna i konsekwentnie powtarzana: „ Unia Europejska organizuje dziś spadek naszych gospodarek”. W jej miejsce proponuje luźną współpracę suwerennych państw, bez przekazywania kolejnych kompetencji Brukseli. Gaullistowską Europę Ojczyzn, odświeżoną na potrzeby kampanii 2027 roku. I po taki właśnie sojusz przyjechał do Warszawy. Nie przez przypadek spotkał się akurat z przedstawicielami prawicowej opozycji, to naturalni partnerzy dla projektu, który chce integrację zatrzymać, a nie pogłębiać.
Problem w tym, iż Bardella nie jest zjawiskiem odosobnionym, tylko symptomem czegoś szerszego. W całej Europie rosną w siłę partie sceptyczne wobec dalszej integracji. We Francji, w Niemczech, we Włoszech, także w samej Polsce. To nurt karmiący się realnymi frustracjami: spowolnieniem gospodarczym, poczuciem, iż decyzje zapadają gdzieś daleko, bez udziału zwykłych ludzi. Trudno go zbyć jako czystą demagogię, bo część tych frustracji jest uzasadniona. A jednocześnie, paradoksalnie, sama Unia w praktyce wcale się nie kurczy. 1 stycznia 2026 roku do strefy euro dołączyła Bułgaria. Poza eurolandem zostało już tylko sześć krajów: Polska, Czechy, Węgry, Rumunia, Szwecja i Dania. Krąg państw, które jeszcze nie zdecydowały, gdzie chcą stać, robi się coraz mniejszy.
Z jednej strony jest więc wizja Bardelli przedstawiająca Europę, w której silne suwerenne państwa luźno koordynują politykę w ramach 27 odrębnych głosów, a integracja się zatrzymuje. Z drugiej strony, przeciwną do jego wizji, jest Europa zdolna mówić jednym głosem wobec Rosji, Chin i słabnącego zaangażowania Stanów Zjednoczonych w bezpieczeństwo kontynentu. Polska, ze względu na wielkość, dynamikę gospodarczą i położenie, ma dziś realną siłę, by przechylić szalę w jedną albo drugą stronę. Bardella to rozumie. Pytanie, czy rozumie to też polska klasa polityczna. Warto sprawdzić, jak gaullistowska wizja Europy wytrzymuje zderzenie z rzeczywistością, osobno wobec Chin, Rosji i Stanów Zjednoczonych.
Zacznijmy od Chin, bo to tam gaullistowska wizja zawodzi najszybciej. Rozdrobniona Europa suwerennych państw byłaby dla Pekinu jeszcze łatwiejszym przeciwnikiem do rozgrywania, niż jest nim dzisiejsza, i tak niedoskonała – Unia. Chińska nadprodukcja, wspierana przez państwo, zmusiła Brukselę do nałożenia ceł sięgających ponad 35 procent na chińskie samochody elektryczne, a od 1 lipca 2026 roku Komisja Europejska wprowadza opłatę na tanie paczki z platform w rodzaju Temu czy Shein, żeby powstrzymać zalewanie rynku towarami poniżej realnej wartości. To wszystko udało się wyegzekwować wyłącznie dzięki wspólnej unijnej polityce handlowej wobec gospodarki wartej blisko dwadzieścia bilionów dolarów. W świecie Bardelli Chiny nie miałyby jednego twardego negocjatora, tylko dwudziestu siedmiu osobnych, dużo słabszych partnerów do rozgrywania jeden po drugim, z których część, w pogoni za partykularnym interesem, sama kupowałaby sznur, na którym ostatecznie zawiśnie jej własny przemysł.
Dzisiejsza Unia występuje głównie w roli bezpiecznika, broniącego się przed najgorszymi skutkami, a głębiej zintegrowana mogłaby stać się aktywnym twórcą geopolitycznej dynamiki, a nie tylko jej pasywnym odbiorcą. Pojedynczo europejskie państwa nie są w stanie konkurować na tej arenie. Wystarczy spojrzeć na Wielką Brytanię. Dekadę po brexicie, mimo dziesiątek nowych umów handlowych z Japonią, Australią czy Indiami, handel towarowy Londynu z Unią jest o ponad 20 procent niższy, niż byłby bez wyjścia z bloku, a to Chiny, nie Stany Zjednoczone czy Niemcy, stały się największym pojedynczym partnerem handlowym Wielkiej Brytanii. „Global Britain” miała być suwerennym graczem globalnym, a skończyła jako kraj wciąż zależny, ale nie od Unii, ale od Pekinu.
Podobnie jest z Rosją, która w 2025 roku przeznaczyła na zbrojenia co najmniej 186 miliardów dolarów, budując armię zmierzającą w stronę 1,5 miliona żołnierzy. Europa posiada wciąż dwadzieścia siedem osobnych armii i osobnych linii produkcyjnych uzbrojenia. Estoński minister obrony Hanno Pevkur powiedział o tym wprost na majowym szczycie wschodniej flanki NATO: „widzimy, iż każdy stara się działać na swój rachunek, wspierając swój przemysł. To powinno się zmienić, iż wszyscy działamy na rzecz bezpieczeństwa Europy”. Wschodnia flanka wydaje na obronność proporcjonalnie najwięcej w całym NATO, ale to wciąż tylko lokalna inicjatywa kilku najbardziej zagrożonych krajów, a nie wspólny, kontynentalny potencjał. Rozdrobnienie, które Bardella chce chronić jako wyraz suwerenności, jest dokładnie tym, na czym Rosja dziś buduje swoją przewagę.
A wreszcie Stany Zjednoczone. Wiosną 2026 roku, po napięciach wokół wojny z Iranem, Donald Trump napisał wprost, iż NATO „nie pomogło, gdy ich potrzebowaliśmy”, a jego administracja rozważała przenoszenie wojsk z sojuszników uznanych za „nielojalnych” do tych bardziej posłusznych. Pentagon wycofał już część sił z Niemiec i rozważa dalsze cięcia we Włoszech. Polska, chcąc się ochronić, gra dziś w tę samą grę osobno, zabiega o względy Trumpa, licząc, iż wojska wycofywane z „nielojalnych” państw trafią akurat do niej. To krótkoterminowo racjonalne, ale strategicznie kruche, bo oparte na sympatii jednej administracji, a nie na trwałej strukturze. Gaullistowska Europa Ojczyzn nie ma na to żadnej innej odpowiedzi poza czekaniem, aż Waszyngton zmieni zdanie.
Trzy różne zagrożenia, jedna wspólna słabość: w świecie, w którym broni się, negocjuje i zbroi w pojedynkę, choćby duże państwo europejskie jest za małe. Odpowiedzią nie może być luźna koordynacja suwerennych stolic, tylko silna, zreformowana Unia Europejska z jasnym kierunkiem, wspólną polityką handlową wobec Chin, wspólnym potencjałem obronnym wobec Rosji i zdolnością do działania niezależnie od nastrojów w Waszyngtonie. Pytanie, kto ten kierunek wyznaczy, wciąż stoi otworem. Bardella szuka w Warszawie sojusznika przeciwko tej wizji integracji. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by to Polska, zamiast być zapleczem dla projektu, który chce integrację zatrzymać, sama sięgnęła po rolę jej lidera.
Legitymacja Polski do roli lidera nie bierze się znikąd. Polska od lat wydaje na obronność proporcjonalnie więcej niż niemal każdy inny duży kraj NATO, graniczy bezpośrednio z Białorusią i rosyjskim obwodem królewieckim, a w 2009 roku, w środku światowego kryzysu finansowego, jako jedyny kraj Unii odnotowała wzrost gospodarczy, podczas gdy reszta kontynentu pogrążała się w recesji. To rzadkie połączenie: kraj, który realnie ryzykuje najwięcej, radzi sobie gospodarczo lepiej niż większość kontynentu. Od wejścia do Unii w 2004 roku polski PKB się podwoił, a PKB na mieszkańca według parytetu siły nabywczej wzrosło z 51 do 80 procent średniej unijnej, w dużej mierze dzięki jednolitemu rynkowi i funduszom spójności. Polska ma wszelkie powody, by patrzeć na Unię jak na najlepiej opłacalną inwestycję swojej najnowszej historii.
To odwraca dotychczasowy scenariusz. Przez dwie dekady rola Polski w Unii polegała przede wszystkim na doganianiu, absorbowaniu funduszy, dostosowywaniu prawa do unijnych standardów. Dziś ma gospodarczą siłę, geopolityczne położenie i moralny kredyt frontowego państwa, by przejść od wykonywania cudzych decyzji do ich współtworzenia i stać się autorem następnego rozdziału integracji. Celem nie jest zastąpienie Niemiec czy Francji w roli europejskich liderów, ale wypełnienie próżni przywódczej, którą oba te kraje, zaabsorbowane własnymi kryzysami politycznymi, zostawiają dziś częściowo puste. Przywództwo to jednak coś więcej niż retoryka. Polska, budująca dziś jeden z największych w Europie przemysłów obronnych, od bojowych wozów piechoty Borsuk po system obrony powietrznej Narew, mogłaby stać się naturalnym architektem unijnego mechanizmu wspólnych zamówień zbrojeniowych, zamiast biernie czekać, aż zaproponują go Niemcy czy Francja. Mogłaby też, jako kraj bezpośrednio zagrożony, głośniej niż ktokolwiek inny domagać się końca jednomyślności w polityce zagranicznej i obronnej, bo dopóki pojedyncze państwo może zablokować sankcje czy wspólne stanowisko wobec Rosji, tempo całej Unii wyznacza jej najsłabsze ogniwo. To są konkretne karty przetargowe, nie tylko dobre intencje.
Bardella przyjechał do Warszawy, bo wyczuł w Polsce siłę, tyle iż chce ją zaprząc do wizji Europy, która się kurczy. Prawdziwą odpowiedzią nie jest odrzucenie francuskiego komplementu, tylko przyjęcie go dosłownie: jeżeli Polska rzeczywiście jest dziś motorem kontynentu, niech przestanie czekać, aż ktoś inny usiądzie za kierownicą. Silniki, które wystarczająco długo ciągną cały pojazd, prędzej czy później zaczynają też nim kierować.
















