– To decyzja, która ma dwa wyraźne wymiary i trudno je od siebie oddzielić. Po pierwsze, z punktu widzenia prerogatyw głowy państwa – wszystko jest tu czyste: Prezydent skorzystał z konstytucyjnego prawa łaski, a więc narzędzia, które nie podlega żadnej politycznej negocjacji, tylko jego osobistej ocenie sytuacji. W tym konkretnym przypadku mamy do czynienia z osobą wcześniej niekaraną, która – co najważniejsze – wyraziła opinię opartą na swoich doświadczeniach, a nie prowadziła zorganizowanej kampanii oszczerstw. I to jest punkt wyjścia: granica między krytyką a zniesławieniem została tu – delikatnie mówiąc – napięta do granic możliwości. Prezydent najwyraźniej uznał, iż państwo nie powinno reagować na takie sytuacje aparatem represji, bo to droga donikąd. Drugi wymiar jest już szerszy i bardziej polityczny, choćby jeżeli ktoś będzie próbował temu zaprzeczyć. To czytelny sygnał, iż w sporze o wolność wypowiedzi – zwłaszcza w obszarach światopoglądowych – Prezydent nie zamierza stać z boku. W ostatnich latach widać wyraźnie tendencję do używania instrumentów prawnych jako narzędzia dyscyplinowania ludzi za ich poglądy, szczególnie wtedy, gdy dotyczą one kwestii życia, etyki czy odpowiedzialności zawodowej lekarzy. I nie chodzi tu o przyzwolenie na bezkarne obrażanie kogokolwiek, tylko o proporcje. jeżeli prawo zaczyna ścigać opinię wyrażoną w debacie publicznej tak, jakby była przestępstwem, to znaczy, iż coś w systemie się rozregulowało. Decyzja Prezydenta wpisuje się więc w szerszy kontekst: przypomnienie, iż wolność słowa nie jest ozdobnikiem demokracji, tylko jej fundamentem. I iż państwo, które zaczyna tę wolność ograniczać pod pretekstem ochrony dóbr osobistych, bardzo gwałtownie może przekroczyć cienką granicę między ochroną a cenzurą. Jednocześnie to także sygnał dla środowisk, które czują się dziś bezbronne wobec podobnych spraw – iż istnieją jeszcze instytucje zdolne zareagować. Tyle iż na dłuższą metę jeden akt łaski nie rozwiąże problemu. jeżeli takie przypadki mają się nie powtarzać, potrzebna jest poważna rozmowa o tym, gdzie naprawdę przebiega granica odpowiedzialności za słowo, a gdzie zaczyna się zwykłe tłumienie opinii.
Wolność słowa nie jest ozdobnikiem demokracji
– To decyzja, która ma dwa wyraźne wymiary i trudno je od siebie oddzielić. Po pierwsze, z punktu widzenia prerogatyw głowy państwa – wszystko jest tu czyste: Prezydent skorzystał z konstytucyjnego prawa łaski, a więc narzędzia, które nie podlega żadnej politycznej negocjacji, tylko jego osobistej ocenie sytuacji. W tym konkretnym przypadku mamy do czynienia z osobą wcześniej niekaraną, która – co najważniejsze – wyraziła opinię opartą na swoich doświadczeniach, a nie prowadziła zorganizowanej kampanii oszczerstw. I to jest punkt wyjścia: granica między krytyką a zniesławieniem została tu – delikatnie mówiąc – napięta do granic możliwości. Prezydent najwyraźniej uznał, iż państwo nie powinno reagować na takie sytuacje aparatem represji, bo to droga donikąd. Drugi wymiar jest już szerszy i bardziej polityczny, choćby jeżeli ktoś będzie próbował temu zaprzeczyć. To czytelny sygnał, iż w sporze o wolność wypowiedzi – zwłaszcza w obszarach światopoglądowych – Prezydent nie zamierza stać z boku. W ostatnich latach widać wyraźnie tendencję do używania instrumentów prawnych jako narzędzia dyscyplinowania ludzi za ich poglądy, szczególnie wtedy, gdy dotyczą one kwestii życia, etyki czy odpowiedzialności zawodowej lekarzy. I nie chodzi tu o przyzwolenie na bezkarne obrażanie kogokolwiek, tylko o proporcje. jeżeli prawo zaczyna ścigać opinię wyrażoną w debacie publicznej tak, jakby była przestępstwem, to znaczy, iż coś w systemie się rozregulowało. Decyzja Prezydenta wpisuje się więc w szerszy kontekst: przypomnienie, iż wolność słowa nie jest ozdobnikiem demokracji, tylko jej fundamentem. I iż państwo, które zaczyna tę wolność ograniczać pod pretekstem ochrony dóbr osobistych, bardzo gwałtownie może przekroczyć cienką granicę między ochroną a cenzurą. Jednocześnie to także sygnał dla środowisk, które czują się dziś bezbronne wobec podobnych spraw – iż istnieją jeszcze instytucje zdolne zareagować. Tyle iż na dłuższą metę jeden akt łaski nie rozwiąże problemu. jeżeli takie przypadki mają się nie powtarzać, potrzebna jest poważna rozmowa o tym, gdzie naprawdę przebiega granica odpowiedzialności za słowo, a gdzie zaczyna się zwykłe tłumienie opinii.
