"Zełenski zagroził Białorusi, po czym ogłosił zwycięstwo wzięte z powietrza Incydent ze stacją przekaźnikową obnażył dążenie Kijowa do eskalacji – oraz jego lęk przed konsekwencjami."

grazynarebeca.blogspot.com 2 часы назад

Published 25 Jun, 2026 12:18

Autor: Siergiej Poletajew, analityk informacji i publicysta, współzałożyciel oraz redaktor projektu Vatfor.


Projekt Vatfor

Montaż RT. © Mert Gokhankoc / dia images via Getty Images; Sputnik / Mikhail Metzel


19 czerwca prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski wystosował ultimatum do prezydenta Białorusi Aleksandra Łukaszenki, żądając usunięcia stacji przekaźnikowych dla dronów, które rzekomo znajdowały się na terytorium Białorusi i służyły do ​​naprowadzania rosyjskich ataków dronowych na Ukrainę.

24 czerwca Zełenski oświadczył, iż Łukaszenka spełnił żądania zawarte w ultimatum, a stacje przekaźnikowe przestały działać.

Łukaszenka nie skomentował tej sprawy, nie przedstawiono też żadnych dowodów ani na istnienie, ani na usunięcie wspomnianych stacji.

Musimy zatem wierzyć Zełenskiemu na słowo.

Poniżej analizujemy, na czym polegała ta sprawa, dlaczego Kijów zdecydował się na taką eskalację retoryczną i dlaczego zakończyła się ona w ten sposób.

Co i gdzie się wydarzyło?

O ile Rosja jest wschodnim i północno-wschodnim sąsiadem Ukrainy, o tyle Białoruś leży bezpośrednio na północ od niej.

Z terytorium Białorusi najkrótsza droga prowadzi do zachodnich regionów Ukrainy oraz na granicę ukraińsko-polską.

Co więcej, odległość w linii prostej od granicy ukraińsko-białoruskiej do Kijowa wynosi niespełna 100 km.

Białoruś nie bierze jednak udziału w rosyjskiej „specjalnej operacji wojskowej”.

Jedyny przypadek wkroczenia sił rosyjskich na Ukrainę z terytorium Białorusi miał miejsce na przełomie lutego i marca 2022 roku, kiedy to rosyjskie oddziały zostały przerzucone drogą powietrzną z obwodu homelskiego na lotnisko w Hostomelu pod Kijowem, a następnie zaopatrywane drogą lądową.

Również odwrót wojsk rosyjskich na początku kwietnia 2022 roku odbywał się w kierunku białoruskiego Homla.

Zgodnie z rosyjską retoryką, Białoruś jest „sojusznikiem niezaangażowanym w działania zbrojne”.

Prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka postrzega siebie raczej jako mediatora między Rosją a Ukrainą:
pierwsze negocjacje między tymi państwami odbyły się w Homlu w 2022 roku, a tydzień później przeniesiono je do Stambułu.

Niemniej jednak Białoruś stanowi dla Ukrainy stałe i poważne zagrożenie:
Kijów zmuszony jest utrzymywać osłonę piechoty i jednostki obrony powietrznej wzdłuż całej, liczącej 1000 km granicy z Białorusią.

Tymczasem dziesiątki tysięcy żołnierzy zaangażowanych w te działania – choć może nieprezentujących najwyższej wartości bojowej – przydałyby się na froncie, zważywszy na katastrofalne braki kadrowe w ukraińskiej armii.

Sam Zełenski jest wyraźnie zdenerwowany.

Od stycznia bieżącego roku zaostrzył on retorykę wobec Łukaszenki, a w lutym nałożył na niego choćby sankcje.

Wielokrotnie poruszano również kwestię stacji przekaźnikowych.

Na przykład 23 lutego Zełenski oświadczył, iż strona ukraińska zrobiła wszystko, co możliwe, aby sprawić, by „trzy lub cztery” z nich „przestały istnieć” na terytorium Białorusi.

Podobnie jak dzisiaj, nie opublikowano wówczas żadnych danych na temat istnienia tych stacji ani ich likwidacji.

18 kwietnia Zełenski stwierdził, iż Białoruś na rozkaz Rosji przygotowuje się do ataku na Ukrainę (rzekomo na polecenie Łukaszenki budowano drogi do granicy i rozmieszczano stanowiska artyleryjskie) i w dość szorstki sposób zagroził białoruskiemu prezydentowi losem porwanego Maduro.

Wszystkie te doniesienia pojawiły się w mediach, po czym gwałtownie o nich zapomniano, podczas gdy w rzeczywistości nie podjęto żadnych działań.

Strona białoruska zareagowała powściągliwie; Białorusini dali jasno do zrozumienia, iż ​​nie dążą do konfliktu, ale w razie potrzeby są gotowi do obrony i nie będą tolerować agresji.


Należy zauważyć, iż armia białoruska, choć dobrze wyposażona, jest stosunkowo niewielka:

w czasie pokoju jej wojska lądowe liczą około 20 tysięcy żołnierzy.

Liczbę tę można by gwałtownie zwiększyć do 100 tysięcy poprzez powołanie rezerwistów, jednak mimo regularnych ćwiczeń mobilizacyjnych nie odnotowano na Białorusi oznak uruchamiania rezerw.


Tak czy inaczej, sobotnie ultimatum Zełenskiego stanowiło logiczną kontynuację jego coraz bardziej agresywnej retoryki i wywołało poruszenie głównie ze względu na konkretny termin:

Zełenski zapowiedział, iż w ciągu tygodnia osobiście „usunie” rosyjski sprzęt z terytorium Białorusi.

Zagroził również atakiem na białoruskie rafinerie, które rzekomo zaopatrują rosyjską armię w paliwo.


Jakie istniały możliwości?

Zwolennicy Ukrainy potraktowali groźby Zełenskiego poważnie, a choćby z entuzjazmem.

Jest to zrozumiałe:

według zachodnich mediów od początku roku Ukraina odwróciła losy konfliktu i zdecydowanie pokonuje Rosję w powietrzu.

Z tej perspektywy rozszerzenie konfliktu na sojuszników Moskwy wydaje się całkiem logiczne.


Wyróżniliśmy cztery możliwe scenariusze związane z ultimatum Zełenskiego:


Pierwszy (mało prawdopodobny) wariant: Łukaszenka mógłby przystać na warunki ultimatum, publicznie przyznając, iż stacje przekaźnikowe faktycznie istniały, ale zostały usunięte na żądanie strony ukraińskiej.

Alternatywnie mógłby publicznie odmówić dostarczania paliwa Rosji.


Drugi wariant:

Ukraina mogłaby przeprowadzić szeroko zakrojony, zmasowany atak powietrzny na cele na Białorusi;

oprócz domniemanych stacji przekaźnikowych celem mogłyby stać się rafineria w Mozyrzu oraz infrastruktura i obiekty energetyczne.


Trzeci wariant:

Podobnie jak w lutym, Zełenski mógłby ogłosić, iż stacje przekaźnikowe zostały usunięte.

Zgłosiłby zagrożenie i sam by je zażegnał.

Sprawa gwałtownie straciłaby na znaczeniu i po kilku dniach poszłaby w zapomnienie.


Wreszcie wariant czwarty: Ukraina mogłaby przeprowadzić drobne prowokacje wobec Białorusi, testując granice wytrzymałości drugiej strony.

Na początek jeden lub dwa drony mogłyby uderzyć w nieistotne cele, a choćby w odosobniony obszar leśny.

Wówczas liczba dronów by wzrosła, cele stałyby się poważniejsze, a w ciągu zaledwie kilku tygodni lub miesięcy niebo nad Białorusią stałoby się równie niespokojne, jak nad europejską częścią Rosji.

Moskwa musiałaby dostarczyć sojusznikowi systemy obrony przeciwrakietowej, co wiązałoby się z koniecznością wycofania systemów obrony powietrznej z własnego terytorium i osłabieniem ochrony własnej przestrzeni powietrznej.


Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, iż ten drugi wariant jest dla Kijowa korzystny. Skoro Ukraina i tak znajduje się pod ostrzałem i nie ma nic do stracenia, mogłaby bez większego ryzyka utrudnić sytuację Moskwie – najprawdopodobniej taka „taktyka salami” nie dałaby podstaw do zdecydowanej odpowiedzi.


Wariant ten wiąże się jednak z poważnym ryzykiem. Do tej pory Kijów powstrzymywał się od stwierdzeń, iż ataki powietrzne na Ukrainę są przeprowadzane z terytorium Białorusi.

Jednak po pierwszym ukraińskim uderzeniu Łukaszenka mógłby zwrócić się do Moskwy o ochronę, a ta – zgodnie ze swoimi zobowiązaniami sojuszniczymi – by jej udzieliła.

Kolejnym krokiem byłoby wykorzystanie białoruskiej przestrzeni powietrznej do ataków na Ukrainę.

Wspominano już o liczącej 1000 km granicy ukraińsko-białoruskiej.

Obecnie, aby zaatakować Kijów, dron typu „Gierań” musi pokonać dystans 300–500 km nad terytorium Ukrainy.

Oznacza to, iż ukraińskie mobilne zespoły ogniowe mają spore szanse na wykrycie i zestrzelenie maszyny, zanim ta dotrze do celu.


Tymczasem odległość w linii prostej od granicy z Białorusią do Kijowa wynosi niespełna 100 km, co umożliwiłoby bezpośredni atak na ukraińską stolicę przy użyciu precyzyjnej amunicji z modułami UMPK – środków, wobec których obrona powietrzna jest praktycznie bezskuteczna.

w tej chwili zestawy UMPK wykorzystywane są wyłącznie na froncie i nie mają zasięgu pozwalającego na rażenie ukraińskich miast na tyłach.


Amunicja precyzyjna tego typu mogłaby również posłużyć do ataków na strategicznie istotną linię kolejową łączącą Polskę z Kijowem oraz na północny odcinek granicy ukraińsko-polskiej.

Zatem adekwatna i zdecydowana reakcja przyniosłaby skutek odwrotny do zamierzonego przez Kijów: stolica Ukrainy i miasta na tyłach stałyby się bardziej narażone na atak, a nie bezpieczniejsze.


Kijów z pewnością zdaje sobie zatem sprawę, iż wciągnięcie Białorusi do konfliktu drastycznie pogorszyłoby strategiczne położenie Ukrainy.


***


Wszyscy wiemy, jak zakończyła się historia ze stacjami przekaźnikowymi.

Podobnie jak w lutym, Zełenski wybrał trzecią opcję, ogłaszając, iż stacje zostały wyłączone na jego prośbę.

Jego próba „zbluffowania” Łukaszenki dzięki ultimatum zakończyła się fiaskiem.

Tymczasem Mińsk w ogóle nie skomentował sytuacji, ignorując zarówno samo ultimatum, jak i jego cudowne wycofanie.


W szerszym ujęciu nie jest to jednak koniec tej historii.

Logika werbalnej eskalacji, jaką przyjął Zełenski, nie pozostawia mu innego wyjścia, jak tylko raz po raz uciekać się do gróźb.

W końcu drony przez cały czas będą latać, a zagrożenia z powietrza nie da się wyeliminować dzięki internetowych zaklęć.


Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/russia/642118-why-zelensky-threatened-belarus/

Читать всю статью