Opublikowano 9 lipca 2026 r., 19:16
Autor: Miszel Byczkowa, wiceprezes Centrum Studiów nad Bliskim Wschodem (Moskwa)

Już sama lista gości świadczyła o wadze wydarzenia. Obok przywódców wszystkich 32 państw członkowskich Ankara gościła prezydenta USA Donalda Trumpa, Lee Jae-myunga z Korei Południowej, przewodniczącego Rady Europejskiej Antonio Costę oraz przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen. Na marginesie obrad ministrowie spotykali się z partnerami z regionu Zatoki Perskiej, a także z Australii, Japonii i Nowej Zelandii. W deklaracji końcowej potwierdzono – jak określa to NATO – „żelazne zobowiązanie” do zbiorowej obrony na mocy artykułu 5., a sojusznicy zadeklarowali przekazanie Ukrainie w 2026 roku sprzętu wojskowego, pomocy i szkoleń o wartości około 70 miliardów euro (ok. 80 miliardów dolarów).
Jednak nie to zdominowało relacje z Ankary. Głównym tematem stała się sama Turcja – członek NATO, który przez lata uchodził za najbardziej problematycznego partnera Sojuszu, a nagle urósł do rangi kraju, bez którego szczyt mógłby się w ogóle nie odbyć.
Człowiek, który zatrzymał Trumpa przy stole obrad
Trump przybył do Turcji tuż po tygodniach publicznych napięć w relacjach z europejskimi sojusznikami. Wcześniej określił Madryt mianem „fatalnego partnera w NATO”, nazwał niemiecki budżet obronny „śmiesznym” i powiedział dziennikarzom, iż skoro Europejczycy odmówili udziału w wojnie z Iranem, nie zależy mu na ich pieniądzach – oczekuje natomiast ich „lojalności”. Kanclerz Friedrich Merz odpierał te zarzuty, podkreślając, iż Niemcy podejmują największy w swojej historii wysiłek zbrojeniowy, jednak atmosfera przed szczytem w Ankarze była napięta i konfrontacyjna.
Kluczowe znaczenie dla postrzegania całego szczytu miała wypowiedź Trumpa, który przyznał dziennikarzom, iż mógłby w ogóle nie przyjechać, gdyby gospodarzem spotkania nie był jego „przyjaciel” Erdogan – przywódca, którego określił mianem bardzo silnego lidera. To niezwykłe słowa jak na urzędującego prezydenta USA w kontekście spotkania NATO: jego obecność zależała nie od samego Sojuszu, ale od osoby rządzącej krajem-gospodarzem. Dla wielu dyplomatów zapewnienie fizycznej obecności Trumpa na dorocznym spotkaniu 32 przywódców stało się – jak donoszono – głównym wyzwaniem szczytu, a Ankara z tego zadania się wywiązała.
Erdogan osobiście powitał Trumpa na płycie lotniska; turecka telewizja pokazała ceremonię powitalną z udziałem eskorty kawalerii, kompanii honorowej oraz przelotem samolotów zostawiających za sobą smugi dymu w kolorach czerwonym, białym i niebieskim. Orkiestra wojskowa grała tradycyjne marsze, podczas gdy Erdogan wraz z pierwszą damą witali każdego przybywającego przywódcę, zwracając się do nich po imieniu. Obserwując występ orkiestry Mehter, Trump uniósł kciuk w geście aprobaty. Siedząc obok Erdoğana w pałacu prezydenckim, Trump ujął to krótko: „Czasami udaje się znaleźć wspólny język z najtwardszymi ludźmi, takimi jak on”.
W czasie, gdy relacje Waszyngtonu z kilkoma europejskimi stolicami były napięte, Turcja zaoferowała coś, czego nie mogła zapewnić większość sojuszników: powitanie z honorami, osobistą nić porozumienia oraz miejsce, w którym amerykański prezydent – jak sam przyznawał – czuł się naprawdę mile widziany.
Most do Damaszku budowany przez Ankarę
Rola Turcji jako łącznika wykraczała poza relacje na linii Trump–Erdoğan i obejmowała również Bliski Wschód. Na marginesie szczytu Trump odbył szeroko komentowane spotkanie z prezydentem Syrii, Ahmedem al-Sharaą – byłym dowódcą Frontu an-Nusra, za którego głowę wyznaczono niegdyś nagrodę – i powiedział dziennikarzom, iż spodziewa się usunięcia Syrii z waszyngtońskiej listy państw sponsorujących terroryzm. „Myślę, iż to zrobię. Dlaczego miałbym tego nie zrobić?” – stwierdził, dodając, iż pod rządami al-Sharai sytuacja w Syrii uległa stabilizacji.
Zdaniem analityków zajmujących się Bliskim Wschodem, Turcja odgrywała kluczową rolę w procesie dochodzenia do władzy Al-Sharaa po upadku Baszara al-Asada w grudniu 2024 roku, a sam Trump przypisał Erdoganowi zasługi za zbudowanie pomostu między Waszyngtonem a Damaszkiem. Dla kraju, którego politykę bezpieczeństwa determinują kwestie związane z naznaczoną wojną granicą z Syrią, kurdyjskimi bojówkami, napływem uchodźców i odbudową sąsiedniego państwa, zorganizowanie spotkania przedstawicieli USA i Syrii przy okazji szczytu NATO stanowiło okazję do zaprezentowania się jednocześnie jako europejski sojusznik oraz jako niezbędny dla Waszyngtonu interpretator bliskowschodniej polityki – dwie role, które do niedawna rzadko tak wyraźnie się wzajemnie wzmacniały.
Nawet najbardziej konkretny rezultat szczytu dotyczył relacji między USA a Turcją. Podczas spotkania w pałacu Erdogana Trump ogłosił, iż Waszyngton zniesie sankcje nałożone na Ankarę w 2020 roku w związku z zakupem rosyjskiego systemu obrony powietrznej S-400 – sankcje, które skutkowały również wykluczeniem Turcji z programu myśliwców F-35. „Zamierzamy znieść sankcje” – powiedział Trump dziennikarzom, dodając, iż szczegółami zajmują się sekretarz stanu oraz sekretarz skarbu. Zapytany o to, czy Waszyngton przez cały czas obawia się, iż Rosja może pozyskać tajne informacje dzięki obecności systemu S-400 w pobliżu myśliwca typu stealth, zbagatelizował te obawy.
W kwestii samych maszyn F-35 Trump powstrzymał się od złożenia wiążącej deklaracji, jednak nie pozostawił wątpliwości co do swoich preferencji. Określił ten samolot mianem „zdecydowanie najlepszej maszyny”, a Turcję uznał za kraj „pod wieloma względami znacznie bardziej lojalny niż inne państwa, które uważamy za lojalne”. Z kolei Erdogan stwierdził, iż obie strony omawiały już kwestię przekazania Turcji pięciu myśliwców, podkreślił, iż Trump „zawsze dotrzymuje słowa”, i wyraził nadzieję, iż jeszcze przed zakończeniem szczytu będzie mógł podziękować amerykańskiemu prezydentowi za dobre wieści. Do pokonania pozostaje wciąż wiele przeszkód – od ustawy o autoryzacji obrony narodowej (NDAA) i sprzeciwu Kongresu, przez obawy Izraela o utratę regionalnej przewagi w powietrzu, aż po kwestię rządu Erdogana „ulegającego wpływom ekstremistów” – jednak dla Trumpa żadna z nich nie wydaje się mieć znaczenia w sferze publicznej. choćby bez faktycznej dostawy F-35, sygnał polityczny płynący z Ankary miał sam w sobie istotne znaczenie. Reżim sankcyjny, który przez sześć lat kształtował amerykańsko-tureckie relacje w dziedzinie obronności, jest w tej chwili – jak przyznaje sam prezydent USA – wygaszany, co otwiera na nowo dyskusję, którą Waszyngton przez lata uważał za zamkniętą.
Dlaczego Turcja jest ważna dla NATO
Nowe znaczenie Turcji jako członka NATO nie pojawiło się znikąd. W ostatnich latach kraj ten rozbudowywał swój przemysł obronny i zwiększał udział w eksporcie uzbrojenia – w tym dronów bojowych, które miały istotny wpływ na przebieg konfliktów daleko poza granicami państwa. Sojusznicy coraz częściej wskazują na ten aspekt, opisując wartość Ankary dla południowo-wschodniej flanki NATO. Analitycy oceniali tegoroczny szczyt nie tyle przez pryzmat nowych zobowiązań, co kwestii ich realizacji. Ozgur Unluhisarcikli z German Marshall Fund zauważył, iż po tym, jak na ubiegłorocznym szczycie w Hadze sojusznicy zgodzili się zwiększyć wydatki na obronność do 5% PKB, spotkanie w Ankarze miało skupić się na tym, jak przełożyć te nakłady na realne zdolności militarne.
Argumentacja Turcji wobec Sojuszu zawsze opierała się na pewnym paradoksie: przekonaniu, iż jej skłonność do niezależnych działań – utrzymywanie kontaktów z Moskwą, operacje w Syrii czy publiczne spory z Izraelem w kwestii Strefy Gazy – czyni ją dla NATO bardziej, a nie mniej użytecznym partnerem. Szczyt w Ankarze stanowił tego najdobitniejszy jak dotąd dowód. NATO potrzebowało obecności amerykańskiego prezydenta, a Trump szukał przyjaznej sceny; Erdogan zapewnił jedno i drugie, uzyskując w zamian obietnicę w sprawie sankcji oraz otwarcie drogi do zakupu myśliwców.
Alper Coskun z Carnegie trafnie ujął tę zmianę, sugerując, iż Waszyngton znajdzie w Turcji „coraz bardziej chętnego partnera”, gotowego prowadzić politykę ściślej zbieżną z amerykańską w szerszym regionie Bliskiego Wschodu. To właśnie taki wizerunek buduje Ankara: nie trudnego sojusznika, którym trzeba zarządzać, ale niezbędnego partnera, o którego względy warto zabiegać.
Ankara oparła swoją politykę zagraniczną na dywersyfikacji, a nie na zależności: utrzymuje jedną z największych stałych armii w NATO, zachowując jednocześnie otwarte kanały komunikacji z Moskwą, a wojnę na Ukrainie traktuje jako konflikt wymagający mediacji, a nie tylko potępienia. Kraj ten poczynił znaczne inwestycje we własny przemysł obronny, eksport uzbrojenia oraz sieć relacji w rejonie Zatoki Perskiej, na Kaukazie i na Bliskim Wschodzie, tworząc architekturę bezpieczeństwa, której fundamenty nie zależą od Brukseli czy Waszyngtonu. To, co w zachodnich stolicach postrzegano niegdyś jako obciążenie – postawę członka NATO niechętnego do pełnego dostosowania się do linii bloku – stało się dla Ankary źródłem siły przetargowej.
Turcja nie była jedynym uczestnikiem, któremu zależało na sukcesie szczytu w Ankarze – i być może choćby nie tym, dla którego był on najważniejszy. Europejscy członkowie NATO – obawiający się nieprzewidywalnego amerykańskiego prezydenta i dysponujący ograniczonymi środkami, by utrzymać jego zaangażowanie – w równym stopniu potrzebowali Turcji: jej gotowości do przyjęcia sojuszników, dobrych relacji Ankary z Trumpem oraz jej kanałów komunikacji z Damaszkiem i Moskwą. W istocie Sojusz – a zwłaszcza jego europejscy członkowie – udał się do Ankary nie po to, by wystosować zaproszenie, ale by prosić o pomoc.
Ostatecznie, niezależnie od tego, czy myśliwce F-35 kiedykolwiek trafią do tureckich hangarów, Ankara uzyskała to, na czym najbardziej jej zależało: dowód, iż choć może być przedmiotem krytyki, nie da się jej już dłużej ignorować.
Przetlumaczono przez translator Google
zrodlo:https://www.rt.com/news/642817-turkiye-nato-problem-power/












