Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji to nie książka o konflikcie, nie opowieść o tym, kto zaczął (choć wiemy, kto zaczął), ani też moralny ekwiwalent, iż „obu stronom się oberwało”.
To książka o tym, iż nikt nie wie, jak to okrucieństwo zakończyć.
Na początku był ogień.
Potem cement. Drut kolczasty.
Dzieci, które rodzą się pod ruinami i nigdy nie widzą nieba.
Nie ma tutaj początku.
Bo każdy początek został już dawno zabity.
W zamian jest błędne koło przemocy i odbudowy – coś w rodzaju piekielnego feniksa.
Jedna strona niszczy, druga odbudowuje, potem się zamieniają.
Architektura tego miejsca to architektura katastrofy powracającej. Nieprzerwany cykl śmierci i zapomnienia.
Obecnie – według ONZ – z całej Strefy Gazy pozostało około 20% terenu nadającego się do życia. Reszta to gruz, zaminowany pył albo martwa strefa. Znowu bliżej do popiołów niż do feniksa.
Izraelizm, czyli realnie istniejący syjonizm.
Oko za oko, gruz za gruz.
Bliski Wschód ma swoje zasady. Albo raczej: mechanizmy bez zasad.
Prawo Hammurabiego przez cały czas żyje – choć ludzie umierają.
Oko za oko, życie za życie.
Dziecko za dziecko.
Nie wiadomo, kto pierwszy zbudował mur, ale wiadomo, iż wszyscy za nim zostali.
Miejsce, w którym nie ma już ludzi – są funkcje: strażnik, cel, świadek, trup.
Bo współczesna Gaza to nie terytorium – to system.
Symulacja końca świata.
Granice – fizyczne, militarne, symboliczne – są tu stawiane po to, by je systematycznie przekraczać.
I nie jest to wyjątek od reguł świata.
Powoli to ostrzejsza forma naszej normy.
Na powierzchni 365 km² – mniej więcej tyle, ile zajmuje miasto Detroit albo półtora razy Waszyngton – ponad 2 miliony ludzi żyje w zamknięciu.
Granice są tu konkretne: 41 km długości, 6–12 km szerokości. W sumie 360 km² – mniej niż Warszawa. Tyle wystarczy, żeby przeprowadzić eksperyment z milczeniem, lękiem i przemocą w roli głównej.
Tyle potrzeba, by testować, ile cierpienia zdoła udźwignąć świat, zanim uzna, iż nic się nie da zrobić.
Tylko iż żadne liczby nie oddadzą tego, czym jest przestrzeń bez wyjścia.
Bo nie ma tam dróg ewakuacji.
Nie ma możliwości powrotu.
Nie ma przyszłości.
W swojej najnowszej książce Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji Paweł Mościcki nie pisze reportażu.
Nie tworzy analizy politycznej.
Pisze filozofię zgliszczy.
Mapę strefy, w której nie obowiązują reguły żadnej etyki – choćby tej, która wyrosła z pamięci o śmierci.
Żadna (no, czyżby?) inna populacja nie była w tak nowoczesny sposób poddawana eksperymentowi: co się stanie, jeżeli zamkniemy społeczność na niezbyt sporym terenie, a potem pozbawimy wody, paliwa, ruchu, godności i nadziei?…
Bo Gaza nie jest już miejscem – jest zjawiskiem. Modelem świata bez końca. Egzystencjalną pętlą.
Dziś przypomina klatkę Skinnera, skonstruowaną nie przez geografię, ale przez decyzje polityczne.
Tylko zamiast szczurów mamy ludzi, a zamiast nagrody – przetrwanie.
Ale ta szczurza klatka to przecież nie getto.
To eksperyment.
Militarny.
Humanitarny.
Graniczny.
Przestrzeń bez wyjścia, w której testuje się nie tylko wytrzymałość społeczności, ale i granice sumienia Zachodu.
Można sprawdzić, jak długo da się przesuwać granice człowieczeństwa, zanim zacznie się ono zwijać w sobie jak martwy organ.
Tyle iż badania nie prowadzi komisja etyczna, ale historia pozbawiona sumienia.
Co wydarzyło się 7 października?
Nie był to początek. I nie był to koniec.
To nie była data.
Nie był to dzień.
To był stan.
Stan, w którym przestało się liczyć, kto zawinił – bo wszyscy krwawili.
To była rana – otwarta jak usta krzyczące w języku, którego nikt nie chce tłumaczyć.
7 października historia wylogowała się z faktów.
Nie było muzyki.
Był tylko ten jeden dźwięk –
jak pękająca ziemia pod ciężarem ciał, które nie miały umrzeć.
Bo nie wszystko, co boli, da się zarchiwizować.
Nie każdy krzyk zmieści się w relacji.
Był to moment, w którym historia przestała się tłumaczyć.
Gdy śmierć wyszła poza proporcje, a liczby przestały mieć sens.
Może dlatego, iż ofiara nie mieści się w Excelu.
Może dlatego, iż już nikt nie wie, czy zemsta to jeszcze reakcja, czy już tylko gest desperacji wpisany w system.
Nie ma tu moralnych wygodnych półek.
Są tylko miejsca po wypaleniu – i cisza, która brzmi jak krzyk, tylko ciszej.
Ludobójstwo na żywo.
Spektakl bez katharsis.
Gaza to miejsce, w którym choćby śmierć przestaje mieć znaczenie – bo nikt jej już nie opłakuje.
To nie wojna.
To stream śmierci w jakości HD.
Ciała dzieci.
Białe worki, których nikt nie otworzy, bo i tak wiadomo, co w środku.
Dziecko nie żyje – i ma 12 tysięcy udostępnień.
Nie ma już granicy. Szczególnie moralnej.
Została zniszczona – jak szkoła, jak szpital, jak matka, która trzymała zdjęcie córki w kieszeni i teraz nie ma ani córki, ani kieszeni.
Widz nie płacze.
Widz ocenia kompozycję.
Czy światło dobrze pada?
Czy kadr wystarczająco dramatyczny?
To nie dokument.
To rytuał – montowany, udostępniany, lajkotwórczy.
Spektakl bez katharsis.
Rytualny teatr śmierci bez widowni.
Danse macabre, chciałoby się rzec.
Precyzyjne bombardowania, drony, wykluczenie infrastrukturalne, zapomnienie – wszystko wpisane w codzienność.
Domy bez dachów, ściany bez okien, miejsca bez ludzi.
Wojna przestała być konfliktem. Stała się contentem.
A śmierć – zwykłym przerywnikiem między reklamami.
Gaza nie krzyczy.
Gaza szumi w tle.
Jak dźwięk lodówki.
Cichy, stały, ignorowany.
Ale Mościcki nie pisze o wojnie.
Bo wojna zakłada cel, taktykę, wybór.
Tu nie ma wyborów – są tylko reakcje.
System wymusza śmierć.
Nie z nienawiści – ale z konieczności systemowej. Bo kiedy wszyscy siedzą w klatce, a świat patrzy tylko wtedy, gdy coś wybuchnie, to śmierć staje się walutą.
I tak ta śmierć staje się widokiem pozbawionym sprawczości.
Bo Gaza to także test dla widza. Próg wrażliwości przestał istnieć.
Im więcej obrazów, tym mniej czucia.
Im więcej nagrań, tym mniej oburzenia.
Im więcej materiału dowodowego, tym mniejsza potrzeba sprawiedliwości.
Mościcki nie ocenia.
Ale zadaje pytanie: czy jeszcze potrafimy widzieć?
A może już tylko oglądamy.
Oglądamy, lajkujemy, udostępniamy – ale nie reagujemy.
Bo obrazy przestają wywoływać bunt – zaczynają cementować bezsilność.
Empatia została przeformatowana.
Przekształcona w scrollowanie.
Estetyka cierpienia, która niczego już nie zmienia, zastąpiła żałobę.
Już nikt nie woła o sprawiedliwość – bo każdy wie, iż nie przyjdzie.
Nie tu. Nie teraz. Nie w tym algorytmie.
Praktyki współudziału
Na jednej z ulic świata – a może na ścianie wyobrażenia – ktoś napisał sprayem:
We will remember your silence
To hasło, które pojawiało się wielokrotnie w różnych miejscach i kontekstach.
Syntetyczne zdanie oddające ducha wielu głosów z Gazy i ze świata arabskiego.
Nie wiadomo, kto je napisał.
Może nikt. Może każdy.
Milczenie świata w sprawie Gazy to nie pomyłka. To strategia obojętności.
Bo milczenie nie ma autorów – ale ma swoje konsekwencje.
Świat patrzy, ale nie mówi.
Czyta raporty, ale nie odpowiada.
Wysyła pomoc humanitarną na terytorium, którego sam nie uznaje za godne do życia.
Pomoc, która nie jest przyjmowana.
Trudno czytać Gazę… i nie myśleć o Auschwitz. Może to perwersyjne, może ryzykowne porównanie – ale właśnie dlatego trzeba je wypowiedzieć. Mościcki sam go nie formułuje wprost, jednak jego książka prowokuje takie asocjacje: co się dzieje z narodem zbudowanym na pamięci o zagładzie, który po 80 latach zamyka inny naród za murami, odcina mu wodę, paliwo i prawo do powrotu?
W izraelskich szkołach wycieczki do Auschwitz są rytuałem formacyjnym.
Dzieci z Izraela przyjeżdżają do Polski, by chodzić po miejscach, gdzie ich dziadkowie byli zamykani w getcie. Czasem częściej niż polskie dzieci. Uczą się tam, czym jest eksterminacja – jej język, logika, system. Pamięć o Shoah została narodową religią, fundamentem tożsamości.
Potem wracają do kraju, gdzie dzieci innego narodu siedzą w jeszcze szczelniejszym getcie – i rzadko który dorosły widzi tu coś niestosownego.
Są dzieci, które wyjeżdżają na inny kontynent, by odwiedzać miejsca, których nikt nie chce zwiedzać.
I są dzieci, które nie wyjadą z Gazy, bo granice są zamknięte, a miejsce na cmentarzach już się kończy.
W tej klatce nie ma już podziału na ofiary i świadków.
Nie chodzi tu o trywialną analogię.
Nie chodzi o „przyrównanie Żydów do nazistów” – to byłoby obrzydliwym spłaszczeniem historii.
Chodzi o wstrząs moralny, który wywołuje fakt, iż pamięć nie uchroniła.
Że doświadczenie śmierci nie stało się przeszkodą dla zadawania jej innym.
Że ofiara bywa też sprawcą – i iż Mościcki zmusza nas, byśmy się z tym zmierzyli bez taryfy ulgowej.
I tak dziś – w ruinach Gazy – można zobaczyć cień tamtej logiki, choć aktorzy się zamienili, a scena jest inna.
Zamiast przestrogi – uzyskujemy paradoks.
Bo tam nie zabija się, żeby wygrać.
Zabija się, żeby przypomnieć, iż się istnieje.
Tym właśnie różni się eksterminacja od wojny. Wojna kończy się rozejmem. Eksterminacja kończy się milczeniem.
Każdy, kto patrzy i nie reaguje – uczestniczy.
Nie w zbrodni, ale w jej możliwości.
Bo czy możemy patrzeć i milczeć?
A jeżeli patrzymy i nic nie czujemy – to czy sami nie jesteśmy już martwi?
Pamięć bywa wybiórcza.
Może być murem – jak ten z betonu, który oddziela dziś Gazę od reszty świata.
Może być też lustrem, w którym nie chcemy się przejrzeć.
Bo naród, który zbudował swoją tożsamość na kulturze pamięci, dziś z niej rezygnuje.
Gaza nie jest wyjątkiem, tylko bolesnym uogólnieniem globalnych mechanizmów kontroli i przemocy.
I właśnie dlatego najbardziej niewygodne pytanie tej książki nie brzmi: kto zabił i gdzie kończy się Holokaust? Tylko: dlaczego o tym milczymy?
Osąd historii
Recenzować tę książkę to jak czytać ruinami.
Bo Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji to nie książka o konflikcie, nie opowieść o tym, kto zaczął (choć wiemy, kto zaczął), ani też moralny ekwiwalent, iż „obu stronom się oberwało”.
To książka o tym, iż nikt nie wie, jak to okrucieństwo zakończyć.
To filozoficzna recenzja świata, który zamiast rozwiązywać konflikty – petryfikuje je, konserwuje w ruinach, dronach, plastikowych trumnach dzieci.
To nie pytanie o analogie.
To pytanie o konsekwencję pamięci.
Naród, który zbudował swoją tożsamość na traumie zagłady, dziś milczy, gdy ktoś inny zostaje odgrodzony murem.
Zamiast tego buduje też coś groźniejszego: strukturalny obraz przemocy, która nie potrzebuje ideologii, bo wystarcza jej system.
Ale Mościcki nie moralizuje.
Nie usprawiedliwia. Nie symetryzuje.
Nie szuka też winnych. Bo winni są już wszyscy.
To znaczy ci, którzy tworzą warunki dla tego trwania w śmierci – systemowe, ekonomiczne, retoryczne.
Nie da się przeczytać tej książki i wrócić do świata takim samym. Gaza, którą opisuje Paweł Mościcki, nie jest już miejscem geograficznym – to laboratorium granicznej przemocy, eksperymentalna klatka cywilizacji, w której testuje się nie tylko broń i cierpliwość społeczności, ale przede wszystkim granicę ludzkiego sumienia.
Mościcki również nie kusi się o porównania.
Pozwala, by echo same doszło do naszych uszu.
Nie stawia znaku równości.
Nie daje odpowiedzi.
On zdejmuje nam zasłonę z oczu.
Chce nas pozbawić komfortu.
Pozwala zobaczyć krąg, który się domyka.
Bo w Rzeczy o kulturze eksterminacji najbardziej uderza nie to, co zostało powiedziane – ale to, co musi dopowiedzieć sobie czytelnik.
I nie każdy będzie chciał to zrobić.
Bo autor zadaje pytanie, które brzmi jak wyrok:
Skoro pamiętamy – dlaczego pozwalamy?
Ta fraza nie pada wprost – ale czytelnik czuje ją w gardle.
Gaza patrzy nam prosto w oczy, którymi nauczyliśmy się nie widzieć. A jak to jest z tym patrzeniem w oczy, to już wspominał Levinas – dla przypomnienia, francuski filozof żydowskiego pochodzenia.
Twarzą w twarz – sytuacja ostateczna.
Co stało się ze społeczeństwem, wychowanym na levinasowskiej tezie: Nie zabijaj jest pierwszym słowem twarzy?
Zamiast tego: Zabij, by istnieć.
Czy to już ucieczka od bycia czy też terrorystyczna koncepcja wolności?
Bo zachodnia etyka pamięci nie zna języka na to, co dzieje się teraz.
To, co dzieje się na Bliskim Wschodzie, nie ma już nazwy.
Bo każde słowo byłoby zbyt czyste.
Zbyt wygodne.
Zbyt małe.
I może właśnie dlatego jest to jedna z najważniejszych książek ostatnich lat.
Nie dlatego, iż mówi prawdę – tylko dlatego, iż nie pozwala jej dłużej ukrywać.
Bo w ruinach nie ma odpowiedzi. Ale wciąż można tam postawić pytanie.
I może tylko tyle nam zostaje.
Zadać je – zanim zamilkniemy na dobre.