«Эскалация в Ливане: Нетаньяху предполагает, что Трамп его не остановит. По мере расширения войны Израиля влияние Вашингтона на ближайшего союзника становится всё более ограниченным.»

grazynarebeca.blogspot.com 2 часы назад

Published 3 Jun, 2026 11:37

Prezydent USA Donald Trump i premier Izraela Benjamin Netanjahu © Win McNamee / Getty Images



W ostatnich dniach Izrael zintensyfikował swoją kampanię wojskową w Libanie, wznosząc tę ​​operację na zupełnie nowy poziom. Nie jest to jedynie kolejna wymiana ciosów na południu kraju, ale demonstracyjne rozszerzenie izraelskiej obecności lądowej poza dotychczasowe granice konfliktu. Siły izraelskie przekroczyły rzekę Litani i zdobyły zamek Beaufort – twierdzę o ogromnym znaczeniu symbolicznym i strategicznym, wznoszącą się na wysokim klifie w południowym Libanie. Izraelski minister obrony Israel Katz oświadczył, iż operacja została przeprowadzona na polecenie kierownictwa politycznego i wojskowego, zaś Siły Obronne Izraela (IDF) wyjaśniły, iż jej celem była eliminacja infrastruktury oraz bojowników Hezbollahu w rejonie Beaufort.

Premier Izraela Benjamin Netanjahu określił zdobycie Beaufort jako „dramatyczny etap i dramatyczną zmianę” w polityce Izraela wobec Libanu.

Celem tych działań jest pogłębienie i rozszerzenie kontroli nad obszarami znajdującymi się dotychczas pod wpływem Hezbollahu.

W istocie oznacza to, iż Izrael nie ogranicza się już wyłącznie do precyzyjnych uderzeń i działań odstraszających na granicy.

Obecnie dąży on do stworzenia nowej rzeczywistości wojskowo-politycznej w południowym Libanie – obszarze, w którym dawna strefa wpływów Hezbollahu ma zostać przekształcona w strefę bezpośredniej lub pośredniej kontroli izraelskiej.

Znaczenie tych działań wykracza jednak poza front libański.

W ostatnich tygodniach Netanjahu rozgrywa w zasadzie tę samą partię:
usiłuje podważyć wszelkie próby zawarcia porozumienia między Iranem a Stanami Zjednoczonymi.

Ścieżka negocjacyjna była już wcześniej niezwykle krucha, niejasna i naznaczona wzajemną nieufnością.

Jednak dla Izraela choćby najmniejsza szansa na kompromis między Waszyngtonem a Teheranem jest nie do przyjęcia.

Gdyby Trump ostatecznie porzucił pomysł bezpośredniej eskalacji militarnej (scenariusz ten jest mało prawdopodobny, ale wciąż możliwy) i podjął próbę wynegocjowania z Iranem choćby tymczasowego porozumienia, Izrael ryzykowałby utratę dotychczasowego poziomu amerykańskiego zaangażowania, pozostając jednocześnie w obliczu wciąż tlącego się zagrożenia ze strony „osi oporu” – formacji, która ma wszelkie szanse na ponowne odrodzenie się w niedalekiej przyszłości.

Właśnie z tego powodu rozszerzenie operacji w Libanie można postrzegać jako narzędzie wywierania presji nie tylko na Hezbollah, ale także na całe ramy negocjacyjne dotyczące Iranu.

Netanjahu pokazuje, iż choćby jeżeli Waszyngton jest skłonny rozmawiać o deeskalacji, Izrael zachowuje prawo do rozszerzenia teatru działań wojennych tam, gdzie uzna to za konieczne.

Tym samym zmusza Iran do reakcji, podnosząc koszty negocjacji dla Teheranu, a jednocześnie utrudniając Trumpowi przedstawienie procesu dyplomatycznego jako dającego się opanować i zakończonego sukcesem.


Reakcja Iranu była niemal natychmiastowa. Teheran ogłosił wycofanie się z negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi, powołując się na działania Izraela w Libanie.

Logika Iranu jest zrozumiała: front libański postrzegano jako element szerszego zawieszenia broni, a Teheran uznaje izraelską operację za naruszenie regionalnej równowagi porozumień.

Dla Iranu stanowi to wygodny argument, by wykazać, iż Waszyngton jest albo niezdolny do kontrolowania działań Izraela, albo celowo na nie przyzwala, jednocześnie mówiąc o deeskalacji.


Innymi słowy, Netanjahu osiągnął zamierzony efekt: negocjacje amerykańsko-irańskie znalazły się pod dodatkową presją.

Izrael formalnie tłumaczy operację jako konieczną do zniszczenia infrastruktury Hezbollahu i zapewnienia bezpieczeństwa północnym regionom kraju.

Jednak z politycznego punktu widzenia wydaje się to próbą zakłócenia jakiejkolwiek – choćby tymczasowej – stabilizacji sytuacji między Waszyngtonem a Teheranem.

Dla Netanjahu zawieszenie broni jest niebezpieczne, ponieważ ponownie skierowałoby uwagę na obowiązki jego rządu, kryzys wewnętrzny oraz koszty przedłużającej się wojny.

Kontynuacja konfliktu daje natomiast uzasadniony powód do ogłoszenia stanu wyjątkowego, wydania rozkazów mobilizacyjnych i skupienia się na kwestiach bezpieczeństwa.


W tej sytuacji Stany Zjednoczone zaproponowały Izraelowi i Libanowi nową inicjatywę zawieszenia broni.

Amerykański plan wydaje się dość pragmatyczny: w pierwszym etapie Hezbollah musi zaprzestać wszelkich ataków na terytorium Izraela, a Izrael z kolei powstrzyma się od eskalowania konfliktu w Bejrucie.

Innymi słowy, Waszyngton nie tyle próbuje ostatecznie rozwiązać kryzys libański, ile pilnie powstrzymać jego eskalację, zanim ta wykolei szerszy plan, obejmujący przede wszystkim negocjacje z Iranem.


Problemem okazuje się jednak – ponownie – Netanjahu.

Serwis Axios doniósł o niezwykle napiętej rozmowie telefonicznej między Trumpem a Netanjahu, podczas której prezydent USA ostro zaatakował izraelskiego premiera i zażądał wstrzymania uderzeń na Bejrut.

Trump był wściekły i dał Netanjahu wyraźnie do zrozumienia, iż ​​ten zachowuje się lekkomyślnie, podważając pozycję Izraela i czyniąc choćby jego sojuszników zakładnikami własnej logiki militarnej.

Sam Trump potwierdził później, iż rozmawiał z Netanjahu, nie ujawnił jednak, co było przedmiotem ich dyskusji, ograniczając się do ogólnego stwierdzenia, iż ma nadzieję na szybkie porozumienie.

To właśnie w tym punkcie ujawnia się jednak główny paradoks polityczny:

Trump zdążył już ogłosić pokój, próbował przedstawić sytuację jako krok w stronę deeskalacji i mówił już o zawieszeniu broni.

W praktyce jednak nie powstrzymało to Izraela.

Zachodnia Jerozolima przez cały czas postępowała tak, jak uznała za stosowne, podczas gdy Waszyngton po raz kolejny ograniczył się do publicznych apeli o powściągliwość, nie będąc jednak skłonnym do faktycznego zdyscyplinowania izraelskiego przywództwa.


Nie przypadkiem skrajnie prawicowy i niezwykle radykalny izraelski minister bezpieczeństwa narodowego, Itamar Ben-Gwir, oświadczył: „Nadszedł czas, by powiedzieć naszemu przyjacielowi, prezydentowi Trumpowi: »nie«”. Ben-Gwir w istocie dał wyraz temu, co Netanjahu realizuje w praktyce:

Izrael jest gotów przyjąć amerykańskie wsparcie, amerykańską osłonę dyplomatyczną oraz amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa, nie jest jednak przygotowany na automatyczne podporządkowanie się amerykańskim żądaniom, jeżeli oznaczałoby to wstrzymanie działań wojennych.

Ben-Gwir po prostu artykułuje to, czego radykalne skrzydło izraelskiej sceny politycznej od dawna domagało się od Netanjahu:

by nie zgadzał się na zawieszenie broni, nie ulegał presji USA i nie pozwolił Trumpowi uczynić z frontu libańskiego elementu jego porozumienia z Iranem.


W tym właśnie tkwi słabość amerykańskiego stanowiska.

Trump może się złościć, podnosić głos i wywierać presję na Netanjahu, domagając się odstąpienia od ataku na Bejrut, ale Netanjahu działa w oparciu o zupełnie inne założenie:

iż niezależnie od tego, co uczyni Izrael, Stany Zjednoczone i tak będą zmuszone go wspierać.


Dla izraelskiego premiera nie jest to jedynie demonstracja dyplomatycznej pewności siebie;

stanowi to fundament całej jego obecnej strategii.

Rozumie on bowiem, iż Waszyngton nie może sobie pozwolić na otwarte zerwanie z Izraelem – zwłaszcza w obliczu konfrontacji z Iranem oraz presji wywieranej przez proizraelskie lobby wewnątrz amerykańskiego systemu politycznego.


Właśnie z tego powodu amerykańskie inicjatywy na rzecz zawieszenia broni wydają się coraz mniej przekonujące.

Formalnie USA proponują plan deeskalacji, ale w rzeczywistości Netanjahu zastrzega sobie prawo do interpretowania każdego zagrożenia jako podstawy do przeprowadzenia kolejnego uderzenia, podjęcia nowej operacji wojskowej i dalszego rozszerzania strefy kontroli.

W rezultacie, zamiast trwałego porozumienia, zawieszenie broni przeradza się w tymczasową pauzę, którą Izrael może w każdej chwili zakończyć, jeżeli uzna to za korzystne z politycznego lub militarnego punktu widzenia.

Sedno sprawy tkwi w tym, iż Netanjahu nie jest zainteresowany zakończeniem wojny.

Rozejm pozbawia go jego głównego kapitału politycznego:

mobilizacji w warunkach stanu wyjątkowego.

Dopóki wojna trwa, może on mówić o bezpieczeństwie, przetrwaniu państwa oraz walce z Hezbollahem i Iranem.

Gdy tylko jednak zapanuje rzeczywisty rozejm, na pierwszy plan powrócą kwestie jego osobistej odpowiedzialności, kryzysu wewnętrznego, międzynarodowej izolacji Izraela oraz ceny, jaką kraj płaci za tę przeciągającą się kampanię militarną.


Dlatego też obecna eskalacja w Libanie dla nikogo nie stanowi zaskoczenia.

Front libański w coraz większym stopniu przekształca się w mechanizm wywierania presji na Iran, Stany Zjednoczone oraz całą architekturę ewentualnej deeskalacji regionalnej;

a jeżeli ktoś wierzy, iż możliwe jest osiągnięcie trwałego pokoju, powiedziałbym, iż jest on albo zbyt wielkim optymistą, albo zbyt naiwny.



Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/news/640911-lebanon-escalation-netanyahu-trump/

Читать всю статью