Tamim Ansary: Ludzkość. Historia, o jakiej nie mieliście pojęcia

instytutsprawobywatelskich.pl 2 часы назад

To fascynujący wywód o tym, jak kształtowaliśmy historię – od epoki kamienia po erę cyfrową. Autor dowodzi, iż machinę dziejów wprawiały w ruch nie zwycięskie bitwy, rozwój rolnictwa czy choćby podbój kosmosu, lecz… opowieści!

Wydawnictwu Dolnośląskiemu dziękujemy za udostępnienie fragmentu do publikacji. Zachęcamy do lektury całej książki.

Wstęp

Pomysł na niniejszą książkę zrodził się lata temu, gdy w tym samym czasie czytałem trzy z pozoru niezwiązane ze sobą opracowania historyczne.

Jedno traktowało o Pierwszym Cesarzu Chin, który do budowy Wielkiego Muru Chińskiego zaangażował milion swoich poddanych. Inne opowiadało o koczowniczym życiu w Azji Środkowej wieki przed mongolskimi podbojami. Tematem trzeciego byli barbarzyńscy wojownicy, tacy jak Attyla, wódz Hunów, którzy atakowali Rzym u schyłku panowania imperium.

Ponieważ czytałem wszystkie te trzy książki równocześnie, zauważyłem coś, co przypuszczalnie inaczej nie zwróciłoby mojej uwagi. Powstanie Wielkiego Muru Chińskiego było w jakiś sposób związane z upadkiem Cesarstwa Rzymskiego. Intrygująca myśl. Chiny i Rzym były przecież zupełnie odrębnymi światami i wówczas prawie nic o sobie nie wiedziały, ale między nimi rozciągały się trawiaste równiny środkowoazjatyckich nomadów, skąd nadciągnęli huńscy jeźdźcy. Gdy w Chinach wydarzyło się coś wiekopomnego – jak budowa muru, który zatrzymał inwazję koczowników – następstwa tego faktu omiotły świat nomadów niczym rozchodzące się po wodzie kręgi, aż dotarły do Rzymu. Oczywiście wówczas przełomowe wydarzenia w Rzymie wywołały podobną falę, skierowaną w przeciwną stronę.

David Hume: Traktat o naturze ludzkiej

Tym, co mnie zaintrygowało, były nie same relacje między Rzymem a Chinami, ale wzajemne powiązania jako aspekt historii ludzkości.

Zacząłem szukać innych zależności, a znalezienie ich nie było trudne. Praktyki religijne zalecane przez proroka Mahometa miały, jak się okazało, coś wspólnego z faktem, iż Europejczycy weszli w posiadanie kompasu magnetycznego. Podbój Jerozolimy przez Turków seldżuckich w XII wieku wiąże się w subtelny sposób z nieurodzajem w Skandynawii, który nastąpił wieki wcześniej. Polityka dynastii Ming w Chinach przyczyniła się do rewolucji amerykańskiej. Wynalezienie w XIX wieku w Stanach Zjednoczonych odziarniarki bawełny doprowadziło do ruiny życie rodzinne w Afryce Subsaharyjskiej. Przykłady można mnożyć bez końca.

Nawet, jak się zdaje, dziesiątki tysięcy lat temu, kiedy byliśmy odizolowanymi od siebie społecznościami zbieracko-łowieckimi, które nie miały pojęcia o wielu innych, podobnych grupach przemierzających naszą planetę, jakimś sposobem tworzyliśmy rozległą sieć powiązanych ze sobą ludów.

Ta skłębiona masa, którą się staliśmy w epoce globalizacji, to tylko najnowszy rozdział w historii, która zaczyna się co najmniej 40 tysięcy, a może choćby 60 tysięcy lat temu.

Ostro i bez znieczulenia

– tak działamy od 2020 roku. Dziennikarstwo, które nie jest obojętne. Tygodnik Spraw Obywatelskich nagłaśnia nadużycia, edukuje i daje narzędzia do realnej, obywatelskiej zmiany.

Przekaż darowiznę i stań się naszym współwydawcą

Niniejsza książka traktuje wzajemne zależności jako jeden z motywów przewodnich w historii świata, ale nie neguje innego aspektu tej opowieści. Im bardziej jesteśmy ze sobą powiązani, tym większa jest w nas determinacja do zachowania odrębności grupowej. Żyjemy na tej samej planecie, ale w wielu różnych światach. To, co postrzegamy jako cały świat, jest tylko obrazem widzianym z naszej indywidualnej perspektywy.

Historia świata, jak ją nazywamy, to w istocie narracja oparta na czyimś punkcie widzenia. Ten zaś może być eurocentryczny, islamocentryczny, chińskocentryczny itd.

Liczba tych narracji zależy od tego, jak wiele zbiorowisk ludzkich na Ziemi myśli o sobie „my” w przeciwieństwie do „innych”. Dowolne dwie narracje historyczne mogą traktować te same wydarzenia całkowicie odmiennie, ponieważ sposób, w jaki się je przedstawi, zależy od tego, kto opowiada. Powiedzieć, iż tylko jedna z tych niezliczonych relacji jest prawdziwą historią świata, to jak stwierdzić, iż tylko jedna z tych map pokazuje świat taki, jaki jest naprawdę.

Ronald Wright: Krótka historia postępu

Ostatecznie wszystko sprowadza się do kształtu narracji. Historia oczywiście zajmuje się faktami, ale generalnie służą one narracji. Opowiadając naszą historię, tworzymy siebie samych. Właśnie to robiliśmy dawno temu w jaskiniach, siedząc przy ognisku, przekazując potomkom to, co pamiętamy o naszych przodkach, wspominając wspólnie przeżyte przygody, spierając się o to, które z nas naprawdę pokonało tamtego niedźwiedzia, i doszukując się sensu życia w gwiazdach – ponieważ kiedy ci pradawni ludzie patrzyli w nocne niebo, nie widzieli tylko samych gwiazd, ale konstelacje. Mówili: „O, tam jest niedźwiedź”. Potem, patrząc na gwiazdozbiór Oriona, ktoś zawołał: „Zobaczcie, a tu jest wielki myśliwy!”, a pozostali pokiwali głowami.

Nam, żyjącym współcześnie, łatwo jest powiedzieć, iż nasi odlegli przodkowie ulegli iluzji. Tak, to prawda, iż owe konstelacje istniały tylko w umysłach tych, którzy na nie patrzyli. Czy jednak wszystko to, co nas otacza, nie jest w pewnym sensie taką konstelacją, istniejącą tylko dlatego, iż ją widzimy? My sami funkcjonujemy jako konstelacje ludzi. Żyjemy we wszechświecie złożonym z konstelacji. W naszym społecznym uniwersum konstelacje są jak najbardziej realne. To one narzucają narrację naszych dziejów. Kraje, rodziny, imperia, narody, klany, korporacje, plemiona, kluby, partie polityczne, towarzystwa, sąsiedzkie wspólnoty, ruchy społeczne, gangi, cywilizacje, szkolne kliki – wszystko to konstelacje. Nie istnieją poza kulturą, którą sami stworzyliśmy. Gwiazdozbiór Oriona, gdy przyjrzymy mu się bliżej, nie jest myśliwym, ale umownym zbiorem pojedynczych gwiazd. To samo odnosi się do konstelacji społecznych. Spójrzcie na nie z bliska, a zobaczycie pojedynczych ludzi.

Kultura to świat, który stworzyliśmy i którego nie przestajemy tworzyć. Świat, który bez nas zniknie.

Konstelacje społeczne nie są tym samym co rzeki albo góry. Nie istnieją w sensie fizycznym, mimo iż są równie realne, jak powodzie czy lawiny. Odpowiadają za rzeczy i zjawiska w świecie fizycznym: budują mosty, prowadzą wojny i wysyłają rakiety na Księżyc. choćby gdy kogoś ubywa, konstelacja trwa dalej. W istocie nie traci ona swej tożsamości ani ciągłości, mimo iż tworzące ją osoby są sukcesywnie zastępowane przez kolejne pokolenia. Chociaż wszyscy Amerykanie, którzy żyli 150 lat temu, już odeszli z tego świata, Ameryka wciąż nadaje ton. Wszyscy muzułmanie, którzy żyli w 1900 roku, już zmarli, a mimo to społeczność islamska wywiera wpływ na to, co aktualnie dzieje się na świecie. Kiedy mówimy o historii, mówimy o zjawiskach, które wydarzyły się jedynie w uniwersum kulturowym, a na tej scenie aktorami są konstelacje społeczne.

Piotr Plebaniak: Siły Psychohistorii Piotr Plebaniak

Czterdzieści tysięcy lat temu takie konstelacje były tworzone przez ludzi, którzy znali się osobiście, i to, czego doświadczali razem, stanowiło o ich wspólnej tożsamości. Nie jesteśmy już grupką 50 osób zamieszkałych w jednej jaskini, ale liczącym osiem miliardów ludzi mrowiem, które zasiedliło całą planetę. Nie możemy mieć perspektywy jednakowej dla wszystkich.

Każde z nas jest częścią jakiejś mniejszej społecznej wspólnoty i utożsamia się z jej perspektywą.

Nie widzimy tych samych gwiazd, a choćby gdyby tak było, nie widzielibyśmy tych samych gwiazdozbiorów. To, co widzimy tam na górze, odpowiada temu, kim jesteśmy tu na dole, a tutaj nie należymy wszyscy do jednej grupy. Historia dzieje się właśnie z powodu tego faktu – nie jesteśmy jedną grupą.

Kiedy byłem w liceum, spotkałem się ze słowem „defenestracja”. Musiałem zajrzeć do słownika, by się dowiedzieć, iż to tajemnicze określenie oznacza „wyrzucenie kogoś przez okno”. Zaintrygowało mnie, iż takie słowo w ogóle istnieje. Przecież nie istnieje osobny termin na wyrzucenie kogoś z balkonu, za drzwi albo z jadącego samochodu, skąd więc defenestracja? Odpowiedź, jak odkryłem, ma swoje źródło w czymś, co wydarzyło się w Europie Środkowej cztery wieki temu. Pewnego pogodnego dnia w 1618 roku grupa katolickich arystokratów przyjechała do Pragi, gdzie większość mieszkańców wyznawała luteranizm. Przybyli oni dostarczyć wiadomość od świętego cesarza rzymskiego – luteranie, jak oświadczył cesarz, muszą zaprzestać budowy kościołów na królewskich włościach. Luteranie wysłuchali, a następnie zawlekli dwóch z owych katolickich arystokratów do okna i wyrzucili ich na zewnątrz. Sala, w której odbywało się spotkanie, znajduje się na trzecim piętrze, więc upadek nastąpił z wysokości około 20 metrów. To była słynna defenestracja praska.

O dziwo, obaj nieszczęśnicy przeżyli, co dało pole do interpretacji. Co oznaczało ich ocalenie? Cóż, to zależało od tego, kim się było. Katolicy uznali to wydarzenie za cud i dowód, iż Bóg jest po ich stronie. Luteranie skupili się na przyczynie, dla której wyrzuceni przeżyli – wylądowali na pokaźnej stercie gnoju. Zarówno katolicy, jak i luteranie byli chrześcijanami, ale gdy się spotkali, nie dostrzegli w sobie nawzajem współwyznawców ani rodaków. To samo zajście widzieli w diametralnie odmienny sposób. choćby siedząc w tej samej sali, żyli w różnych światach, a te światy istniały tylko dzięki kulturze.

Katolicy i luteranie bynajmniej nie stanowili wyjątku. W ówczesnej Europie nie brakowało rozmaitych odłamów chrześcijan, którzy mówili o sobie „my”, a o innych grupach europejskich chrześcijan – „oni”. Luteranie i kalwiniści byli protestantami, ale sami protestanci składali się z wielu wzajemnie wykluczających się grup, każda z własną wizją świata. W beczce prochu zwaśnionych „my” i „oni”, jaką była siedemnastowieczna Europa, defenestracja praska wywołała wojnę trzydziestoletnią – koszmar, który pochłonął życie ośmiu milionów ludzi, poległych, zamordowanych lub zmarłych z głodu. Stronami tego konfliktu nie były pojedyncze osoby, ale społeczne konstelacje.

Czy grupy, które dopuściły się takiego bestialstwa wobec siebie nawzajem, mogą się pojednać? Czy ich potomkowie są w stanie wznieść się ponad podział „my” i „oni”? Czterysta lat temu musiało się to wydawać nie do pomyślenia. A mimo to w tej chwili rodzina luteranów, z pochodzenia Niemców, może mieszkać w jakiejś mieścinie w Minnesocie obok rodziny prezbiterianów, których antenaci przybyli ze Szkocji, i nie dociekać, do jakiego odłamu chrześcijaństwa należą ich sąsiedzi – ani choćby o to nie dbać. Katolik i protestant mogą bez obawy przed defenestracją należeć do tego samego klubu książki i toczyć ożywione dysputy, w których temat religii nigdy nie wypływa.

Yuval Noah Harari: Sapiens. Od zwierząt do bogów

Dzieje się tak nie dlatego, iż różnice dzielące owe grupy wyparowały. Wyznawane przez nie doktryny są tak samo różne, jak wcześniej. Rzecz w tym, iż jakimś sposobem z czasem grupy te stały się elementami składowymi tej samej kultury, jakiegoś większego, amorficznego, wspólnego „my”. Przykładów tego zjawiska można znaleźć bez liku w każdej cywilizacji.

Małe światy czasem scalają się w większe albo splatają się, tworząc odrębne części mozaiki, która stanowi większą całość.

Jak do tego dochodzi, jest zagadką, którą można rozwikłać tylko w kulturowym uniwersum. Może pewnego dnia dwie rodziny, które mieszkają przy tej samej ulicy i posyłają dzieci do tego samego przedszkola, nie będą choćby wiedziały, iż ich sąsiedzi są luteranami czy wahabitami, gdyż będzie im wszystko jedno.

Być może jednak nie, ponieważ chociaż to prawda, iż stajemy się coraz bardziej wzajemnie powiązani, nie zapominajmy, w jaki sposób to robimy – poprzez nieustanne stykanie się ze sobą rozmaitych grup społecznych, gron i konstelacji. Idee i informacje nie tylko rozchodzą się jak kręgi po ludzkim morzu; przenikają z kultury do kultury i kiedy przekraczają takie granice, pewne rzeczy się zmieniają. Inne pozostają niezmienione. Czasem zaś te granice zacierają się i powstaje coś większego, mieszczącego w sobie elementy obu tamtych kultur, będące żywą pamiątką po wcześniejszych, mniejszych konstelacjach kulturowych.

Weźmy przykład. w tej chwili szachy są rozpowszechnione na całym świecie, ale w VI wieku grało się w nie tylko w Indiach, gdzie je wymyślono. W tamtych czasach, jak głosi legenda, żył sobie król, który gorąco wierzył w wolną wolę. Kości go irytowały – chciał gry, w której uczestnicy mogliby kontrolować swój los. Pewien mędrzec o imieniu Sissa sprostał wyzwaniu, wymyślając grę, która zależała wyłącznie od umiejętności strategicznego myślenia – takiego, które zapewnia dowódcom sukces na wojnie. Król był tak zachwycony, iż zaoferował wynalazcy złoto, ale skromny Sissa w zamian chciał jedynie pszenicę – jedno ziarnko na pierwszym polu, dwa na następnym, na kolejnym cztery i tak dalej. Plansza do gry liczyła 64 pola i kiedy król próbował spełnić prośbę mędrca, odkrył, iż podwojenie liczby ziaren na każdym z kolejnych pól daje w sumie liczbę przekraczającą roczną produkcję pszenicy. Sissa, będąc matematykiem, doskonale o tym wiedział, a matematyka była chlubą indyjskiej kultury tamtych czasów.

Wymyślona przez mędrca gra odzwierciedlała na wiele sposobów kulturowy kontekst, w którym powstała.

Była przeznaczona dla czterech graczy, z których każdy dysponował ośmioma figurami. Jedna z nich przedstawiała króla, inna jego głównego generała. Pozostałe figury odpowiadały czterem formacjom typowym dla ówczesnej indyjskiej armii: rydwany, kawaleria, słonie bojowe i oczywiście piechota. Gra nosiła nazwę czaturanga, co oznacza „cztery gałęzie” albo „cztery kończyny”. W politycznie rozdrobnionych Indiach symulacja wojny toczonej jednocześnie przez cztery zwaśnione ze sobą strony była strzałem w dziesiątkę.

Z Indii gra zawędrowała do Persji – monolitycznego społeczeństwa toczącego epickie zmagania z równie monolitycznym Rzymem. W Persji dominowała filozofia, w której fundamentalną zasadę rzeczywistości stanowiła dwubiegunowość: światło kontra ciemność, noc kontra dzień, dobro kontra zło, życie kontra śmierć. Taki właśnie jest świat, mówili Persowie. Nic zatem dziwnego, iż w Persji czaturanga zmieniła się w grę dla dwóch osób, z których każda rozporządzała 16 figurami. Planszę przeprojektowano tak, by jej pola były na zmianę jasne i ciemne. Ponadto gra nabrała miejscowego kolorytu. Samą nazwę zmieniono na podobnie brzmiące perskie słowo satranj, czyli „sto trosk”. Generał stał się wezyrem, głównym doradcą politycznym – każdy perski monarcha miał go przy sobie. Na wojnie nie używano już rydwanów, dlatego zastąpił je ruk – mityczny olbrzymi ptak drapieżny z perskiego folkloru.

Do czasów średniowiecza gra dotarła przez Hiszpanię do Europy Zachodniej. I spójrzcie, co się tam wydarzyło: wezyr stał się hetmanem, kawaleria skoczkiem, słonie gońcami. Europa nie miała w swoim folklorze ptaka podobnego do perskiego ruka, ale jego nazwa brzmiała jak roq, po francusku „kamień”, dlatego figura symbolizująca ruka stała się kamienną wieżą.

Mimo iż ewoluowały powierzchowne elementy gry, jej wewnętrzna struktura i porządek przetrwały w nienaruszonym stanie. Liczba figur i sposób ich poruszania się pozostały niezmienione. Słonie były teraz gońcami, ale przez cały czas używano tylko dwóch i mogły się one poruszać je dynie po przekątnych. Rydwany stały się wieżami, ale ponieważ były mobilne, wieże również zachowały tę cechę. Król pozostał najcenniejszą figurą na planszy, a cała gra wciąż polegała na chronieniu jednego delikwenta, który sam prawie nic nie robił. Szach przez cały czas był szachem, a szach-mat to wciąż szach-mat. Pionki pozostały pionkami, gdyż najwyraźniej w każdym społeczeństwie jest ich wiele. Strategie, które sprawdzały się w Indiach, zdawały egzamin także w Persji i Europie. Sissy już dawno nie ma (być może go ścięto, gdy próbował zawłaszczyć roczną produkcję pszenicy w całym królestwie), ale matematyczne założenia z szóstowiecznych Indii do dziś stanowią fundamenty gmachu ludzkiej wiedzy.

To, co stało się z szachami, dzieje się praktycznie ze wszystkim w kulturze. Gdy dochodzi do interakcji, pewne rzeczy się zmieniają, inne nie, a czasem powstaje coś nowego – generalnie większego.

Czterdzieści tysięcy lat temu istnieliśmy jedynie jako małe autonomiczne grupy myśliwych-zbieraczy, rozproszone pośród bezkresnej dziczy i przemierzające świat praktycznie przez nas nienaruszony. Mało kto przez całe swoje życie spotykał kogoś, kogo nie znał od urodzenia. Dzisiaj ludzie zamieszkują każdy skrawek Ziemi, który nadawał się do zasiedlenia. Nie ma już na tej planecie miejsc, na których człowiek nie odcisnąłby piętna swojej obecności. Żadne życie nie może się rozwinąć w izolacji od reszty ludzkości, a działania jednych niosą konsekwencje dla innych. Mimo tej gęstej sieci powiązań wciąż jesteśmy podzieleni na wiele rozmaitych społecznych mikrokosmosów, z których składa się nasz świat.

Spoglądając na to wszystko z odpowiedniego dystansu, moglibyśmy uznać historię ludzkości za opowieść generowaną przez ekspansję tych mikrokosmosów w domenie kulturowej oraz interakcje, które następują, gdy te mikrokosmosy krzyżują się ze sobą albo zachodzą na siebie. Interakcje te powodują całą gamę wydarzeń i zjawisk, od społecznego chaosu i wojen przez kulturowy rozkwit i religijne przebudzenia do intelektualnych przełomów. Co jednak najważniejsze, choćby w czasach podbojów i zniewoleń, gwałtów i mordów idee mieszają się i wzajemnie inspirują, przez co powstają nowe, pojemniejsze ramy konceptualne. Dostrzegamy to w postępie społecznym i ekonomicznym, w konfliktach zbrojnych, technologiach i wynalazkach, w religii, sztuce, filozofii i nauce. Widać to również, gdy od czasu do czasu jeden globalny paradygmat jest obalany przez inny. Ludzka pajęczyna zagęszcza się od dziesiątków tysięcy lat i z pewnością będzie tak się działo dalej. Za rok, za dziesięć lat, a może sto, jeżeli ludzkość przetrwa tak długo, nasze losy będą splecione ze sobą nie mniej, ale jeszcze bardziej. Taki jest nieuchronny trend. Wydaje się, iż jesteśmy świadkami jakiegoś wspólnego globalnego przedsięwzięcia, ale jest ono zbyt rozległe, by je dostrzec. W każdym razie jeszcze go nie widzimy, podobnie jak starożytni Chińczycy nie byli świadomi, iż mają wpływ na ówczesny Rzym – i vice versa. Wszyscy chcemy stanowić część czegoś większego niż my sami, ale to coś większego nigdy nie było całą ludzkością. Wygląda na to, iż zmierzamy od wielości do jedności, ale sama trajektoria nie powie nam, czy właśnie w tym kierunku zmierza ta historia, tym bardziej iż z pewnością nie jesteśmy jeszcze jedną wielką, szczęśliwą rodziną – czy w ogóle jednym wielkim czymkolwiek.

Aby uzyskać wskazówkę, co nas czeka w przyszłości, musimy spojrzeć na drogę, która rozpościera się za nami.

Jak dotarliśmy z miejsca, w którym byliśmy, tu, gdzie w tej chwili się znajdujemy? jeżeli motywem przewodnim jest współzależność, jak rozwijała się narracja do tej pory? Jakie były główne wątki i punkty zwrotne? Jakie rozdziały i najważniejsze wydarzenia? Krótko mówiąc, jeżeli historia jest opowieścią, którą relacjonujemy sobie nawzajem, to jaka jest jej fabuła?

Właśnie tego szukałem przez te wszystkie lata, od czasu, gdy uświadomiłem sobie, iż wzrost potęgi Chin miał coś wspólnego z upadkiem Rzymu. A to, co odkryłem, zawarłem w tej książce.

Tamim Ansary, Ludzkość. Historia, o jakiej nie mieliście pojęcia, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2021, tłumaczenie: Tomasz Szlagor, Agnieszka Ziajka-Małecka, Justyn Hunia

Читать всю статью